Notice: Trying to access array offset on value of type bool in /home/platne/serwer21160/public_html/ewacetera/wp-content/themes/celeste/single.php on line 33

Cięcie cesarskieHistorie PorodoweTomasza-Cypka cesarskie narodziny

Mój syn ma już 17 lat,

kiedy piszę tę historię, ale wszystkie szczegóły tego porodu pamiętam z wyjątkową dokładnością 😊. Wtedy po raz pierwszy miałam zostać mamą, nie wiedziałam zupełnie jak zmieni się moje życie, ale miałam w sobie nadzieję i ufność, że mimo młodego (jak dla mnie) wieku (miała wtedy 23 lata) – podołam nowej roli.

Nie chodziłam do szkoły rodzenia, bo nie czułam takiej potrzeby. Głęboko ufałam sobie: temu, że będę umiała urodzić. Miałam w pracy przyjaciółkę starszą ode mnie o 11 lat, która urodziła trójkę dzieci i miała dobre wspomnienia z porodów. Pamiętam jej słowa, że ona w czasie porodu starała się dokładnie słuchać tego, co mówiła położna i to jej bardzo pomagało w trudnych momentach. Pomyślałam wtedy – po prostu zrobię to samo! Kto, jak nie ja da sobie radę! Moją lekturą przedporodową było “Oczekując na dziecko”, Internet miałam tylko w pracy, zresztą wtedy nawet nie przyszło mi do głowy, żeby szukać informacji w Internecie (nawet nie wiem, czy były wtedy jakiekolwiek), ale i tak była pełna spokoju.

To były czasy sprzed standardu opieki okołoporodowej,

tak więc badania, takie jak GBS czy WZW, nie były obowiązkowe. Moja przyjaciółka nakłaniała mnie, żebym na własną rękę zrobiła badanie na obecność wirusa B, ale ja odrzuciłam ten pomysł, bo przecież “nie będę mieć cesarki” (jakby zakażenie było możliwe tylko przez cesarskie cięcie). I tak oczekiwałam końca września – to wtedy przypadał termin porodu. Czekaliśmy na chłopca – ja chciałam, żeby miał na imię Rafał, mąż pragnął Tomasza. Roboczo synek dostał imię “Cypek”. Termin minął, a cała rodzina zaczęła dopytywać każdego dnia, czy coś się zaczyna. Niestety nie zaczynało się. Lekarz na wizycie kazał mi się zgłosić w siódmym dniu terminie do szpitala. Wynegocjowałam zgłoszenie się w ósmym dniu, wywołując tym rozbawienie lekarza. 

Ósmy dzień był wtorkiem.

Mój ówczesny mąż tydzień wcześniej zaczął nową pracę, nie mógł mnie więc odwieźć do szpitala, wolny dzień woleliśmy zachować na poród. Sama wolałam nie ryzykować jazdy autem, bo ostatnio odmawiało nam posłuszeństwa i kilka razy, kiedy prowadziłam je w ciąży gasło na samym środku skrzyżowania, powodując mój ogromny stres. Zatem spakowałam plecak i pojechałam tramwajem do miasta, gdzie przesiadłam się na autobus, który jechał do szpitala na drugim końcu miasta. Kiedy wysiadałam, jakiś mężczyzna zapytał o drogę do szpitala – powiedziałam, że mogę mu pokazać, bo idę tam na poród. Widziałam, że trochę się zdziwił, bo mój brzuch bardziej przypominał szósty miesiąc ciąży niż 42 tydzień 😊.

Dotarłam na izbę przyjęć ze swoim plecakiem.

Położna skomentowała, że wyglądam, jakbym na kolonię się wybierała, a nie do szpitala. Po badaniu, które nie wykazało ani skurczów, ani zmian w rozwarciu, zostałam poddana goleniu. Tak, proszę Państwa! Takie były czasy, a mi nie przyszło do głowy, żeby zaprotestować. Jakoś to zniosłam 😉. 

Trafiłam na porodówkę, przy której była kilkuosobowa salka dla oczekujących na poród. I zostałam tam do dnia następnego. Kolejnego dnia dowiedziałam się, że będą miała podaną oksytocynę. Spędziłam na ogólnej sali osiem godzin, leżąc pod kroplówką i KTG (innych zaleceń oprócz leżenia nie było). Od czasu do czasu miałam badanie. Pamiętam moment, kiedy po zbadaniu przez położną, młoda studentka zaczęła zakładać rękawiczki, żeby też mnie zbadać, poczułam, że to dla mnie za dużo. Nie zgodziłam się!

Przez te osiem godzin byłam sama.

Tylko w międzyczasie za ścianką obok trzy kobiety zostały przygotowane do cięcia cesarskiego. Pamiętam, że zazdrościłam im, gdy po pół godziny słyszałam już płacz dziecka. Tak bardzo chciałam już powitać swojego synka, że na myśl o wielogodzinnym czekaniu na samo rozpoczęcie akcji była nieznośna. Stawałam się niecierpliwa i coraz bardziej stęskniona Cypka.  

Większość czasu pod kroplówką spędziłam rozmawiając przez telefon. Moja przyjaciółka poradziła mi, żebym lepiej zaczekała z porodem do dnia następnego, to mój syn będzie miał ładną datę narodzin (był 9 października). W porze obiadowej nie dostałam jedzenia – na wszelki wypadek. Przecież poród może w każdej chwili się zacząć… Kiedy zostałam odłączona od kroplówki, byłam tak okropnie głodna, że mogłabym zjeść konia z kopytami.

Na szczęście położna schowała mój obiad.

Do dziś pamiętam jak siedzę i w ciszy przeżuwam swój obiad – jakiś makaron z sosem, i powoli upajam się sytością! 

Wieczorem w dole brzucha zaczęłam czuć delikatne pobolewania, jak w czasie miesiączki, i pojawiło się trochę krwi – podobno wskutek badań. Ale nic poza tym. Zmęczona zasnęłam, ale od czasu do czasu się budziłam. Koło trzeciej w nocy usłyszałam regularny krzyk jakiejś kobiety – dochodził z pobliskiej porodówki. Po jakimś czasie znów zasnęłam. Obudziłam się na dobre koło szóstej rano i znów usłyszałam krzyk, a wtedy moja sąsiadka z łóżka obok powiedziała, że ona nie śpi od kilku godzin, i że to jest ta sama kobieta, która krzyczała trzy godziny wcześniej. Wtedy trochę się przestraszyłam i wtedy przypomniały mi się ciche przygotowania do cięcia cesarskiego i płacz dziecka chwilę później.

Zaczęłam cieplej myśleć o cesarce :).

Koło dziewiątej rano przyszła położna i powiedziała “pani Cetera, pani idzie na cesarkę”. Okazało się, że na dyżur przyszedł właśnie mój lekarz prowadzący, który podejrzewał hiportofię u Cypka. Nie spodobał mu się zapis KTG, więc zdecydował, że czas na cięcie. I wiecie co poczułam? Ulgę i radość: że dość tego czekania, niepewności i tęsknoty! Że nie będę leżeć nadaremnie kolejne osiem godzin, unieruchomiona pod kroplówką i KTG. I trochę niepokoju oczywiście, bo nie wiedziałam nic o cięciu cesarskim i nie miałam tego cholernego badania WZW! Zadzwoniłam do męża, żeby szybko przyjechał, bo synek zaraz pojawi się na świecie. 

Przygotowania zaczęły się od lewatywy, oszczędzę szczegółów, napisze tylko, że dla mnie była to była ogromna ulga, bo ostatnie tygodnie były dla mnie ciężkie w tym względzie.

A potem malowanie brzucha na pomarańczowo,

zakładanie cewnika, owijanie moich ud bandażem – i tak oto dowiadywałam się powoli, jak to wszystko wgląda. Na szczęście położna, która to wszystko robiła okazała się studentką kierunku, który sama właśnie ukończyłam, więc przygotowania minęły mi na pogawędce o naszym wspólnym promotorze pracy magisterskiej. 

I tak wjechałam na salę operacyjną. To była chwila, kiedy zobaczyłam krew w lampie nade mną i uznałam, że jednak wolę odwrócić wzrok. A moment później dziecko już było na zewnątrz! I nagle lekarz powiedział “to dziewczynka”, a ja wtedy poczułam rozczarowanie, bo przecież miał być Cypek! (Nieważne, że marzyłam o dziewczynce i że dwa dni trawiłam informację, jak okazało się, ma być chłopiec). Na szczęście chwilę później lekarz dodał: “a nie, to chłopiec”.

Uff! Jest Cypek!!! 

I jeszcze okazało się, że wcale nie taki hipotrof, bo miał 2750 g. Maleńki oczywiście, ale zdrowy! Usłyszałam jeszcze od lekarza: „ładna data”. Była za dziesięć dziesiąta, dziesiątego dnia, dziesiątego miesiąca. 

Pielęgniarka przytuliła mi go na chwilę do twarzy i tyle go widziałam. Na szczęście pod drzwiami sali czekał już tata 😊, który od tej chwili był już z nim. A ja tymczasem byłam zszywana. No i zachciało mi się wymiotować. Pamiętam, że zupełnie nie wiedziałam, co mam zrobić w pozycji leżącej, ale na szczęście ktoś podstawił jakieś małe naczynie i kazał przekręcić głowę na bok. Uff! 

Chwilę później było po wszystkim.

Teraz pozostało przemieszczenie się ze stołu operacyjnego na łóżko. Mój lekarz powiedział do towarzyszących mu studentów: “no chłopaki! W końcu się na coś przydacie!” Wyjeżdżając z sali, kątem oka zanotowałam wiadra z krwistymi płynami, które jak się domyśliłam były moje, i których ilość mnie zadziwiła. A w sali porodowej czekali na mnie chłopcy.

Ech, co to było za spotkanie!

Cypek był taki maleńki i śliczny! I miał krótkie blond włoski. Zostaliśmy zupełnie sami na około pół godziny, w czasie którego przystawiłam synka do piersi (co tam, że znów wymiotowałam!). A potem nas rozdzielili na 24 godziny! Znieczulenie było chyba wyjątkowo mocne, bo jeszcze wieczorem w czasie obchodu nie czułam nóg i byłam w jakiejś dziwnej malignie aż do rana. Rano dopiero poczułam okropny ból w brzuchu, dostałam jeszcze środki przeciwbólowe, ale postanowiłam, że to ostatnie, bo bardzo chcę już do synka! 

Koło dziewiątej rano znalazłam się na sali poporodowej, gdzie zostałam “uruchomiona” czyli postawiona na nogi przez mężczyznę przypominającego młodego Toma Cruise (aż się sama zadziwiam, jakie szczegóły pamiętam!). I w końcu po jakimś czasie przywieziono mi mojego syneczka!

Nie mogłam się nadziwić jego chudości!

To były kości pokryte skórą bez grama tłuszczu, widać było oznaki przenoszenia, bo skóra była sucha i złaziła z niego płatami (młodsze dzieci, urodzone też po terminie tak nie wyglądały). Ale dla mnie był najpiękniejszy. 

Szybko okazało się, że Cypek ma na imię Tomasz, bo jak mąż – bardzo nim rozczulony – powiedział do niego “Rafałku”, to od razu zyskałam pewność, że to nie Rafał, a Tomasz! I tak Tomasz Cyprian ma dziś 17 lat :). Aż chciałabym załączyć zdjęcie stare i aktualne, ale…chyba tego nie zrobię ;).

Ponad dziesięć lat później bardzo chciałam urodzić naturalnie mojego drugiego synka, ale mimo to bardzo dobrze wspominam to cesarskie cięcie!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Ewa Cetera logo

Odwiedź mnie na:

Ewa Cetera ikona

Odwiedź mnie na:

Copyright by Ewa Cetera. Wszelkie prawa zastrzeżone.