Notice: Trying to access array offset on value of type bool in /home/platne/serwer21160/public_html/ewacetera/wp-content/themes/celeste/single.php on line 33

Po dłuższym czasie

wszystko wygląda inaczej, zdaje się być takie odległe. A mimo to, sporo się pamięta. Miło wspominam ten czas.

Termin porodu wyznaczono na 8 listopada 2017 roku. Po tej dacie chodziłam regularnie, co kilka dni, na badanie KTG. Poinformowano mnie także, że jeśli do dnia 15 listopada dziecko się nie urodzi, będę musiała zgłosić się następnego dnia do szpitala, w celu wywołania porodu. A więc dodatkowy stres był.

Cała ta sytuacja

z terminem porodu, i Maleństwem niegotowym do narodzin, była już dość stresująca. Nie znałam jej dotychczas, chociaż to druga ciąża, drugi poród. W pierwszym przypadku urodziłam przed terminem. Tutaj minął dzień 8 listopada i nic! W związku z tym, zrozumiałam w końcu szereg kobiet, które uskarżały się na mniej i bardziej bliskie osoby, nieustannie wypytujące o sytuację porodową. A niekiedy wręcz oskarżające o brak postępu. Ciekawe było to doświadczenie.

Niemniej jednak nadszedł dzień 14 listopada. Ostatni dzień z szansą, że poród się rozpocznie naturalnie i będę mogła zagrać na nosie medykalizacji i temu całemu wywoływaniu porodu. Wiedziałam także, że podczas dyżuru nocnego na porodówce, będzie obecna położna, z którą miałam okazję kilkukrotnie spotkać się podczas ciąży. Z którą nawiązałam więź, i której zaufałam. Była to inna osoba niż podczas pierwszej ciąży. Pewnie ze względu na to, że tamtej położnej zabrakło jednak przy porodzie! Ale była to także inna osoba niż podczas pierwszego porodu…

Od rana czułam presję,

starałam się być aktywna, indukująca. ;). Około godziny 18:00 leżałam sobie w najlepsze na kanapie, relaksując się. I nagle usłyszałam to charakterystyczne, bardzo dla mnie miłe, pyknięcie. Delikatne, cichsze niż np. otwarcie jogurtu. 😉 Równocześnie poczułam, że wody płodowe trochę ciekną mi po nogach. Super, pomyślałam. Zaczęło się! I to przed dyżurem położnej. 😉 Zaczęłam sobie wszystko szykować. Zadzwoniliśmy po Rodziców – niech zabiorą już Córeczkę do siebie. Później może być większe zamieszanie, a dodatkowy stres w postaci panikujących Rodziców nie jest wskazany. Swoją drogą, Rodzice odbierając każdy telefon ode mnie, pytali:

„To już???”,

a ja poirytowana, mówiłam swoje. Tym razem jednak moja odpowiedź zabrzmiała: „Tak.” I ich zdziwienie było nieopisane… Około 19:00 Córeczka została odebrana. Pojechała na noc do Dziadków, przygotowana wcześniej na taką ewentualność. Przed odjazdem, pomodliliśmy się razem.

A my z Mężem czekaliśmy dalej. Standardowo już, były kąpiele, posiłki i oglądanie serialu. Tym razem nie „Baranek Shaun”, a „Kochane kłopoty”. Niewiele ponad to, co było o 18:00, działo się ze skurczami. Położna zadzwoniła, że chyba powinnam zacząć działać, a nie sobie siedzieć i oglądać filmy. 😉 Posłuchałam. Tzn. oglądałam i równocześnie robiłam szereg ćwiczeń – bocianów, skłonów itp., żeby skurcze się rozhulały. Umówiłyśmy się z położną, że dojadę przed północą.

I tak się stało.

Chyba około godz. 23:30 pojawiłam się w Izbie Przyjęć. Jak zwykle, uśmiechnięta i zadowolona, że przecież rodzę i proszę mnie przyjąć ;). Formalności poszły całkiem sprawnie. Młoda lekarka sprawdziła bicie serduszka Maleństwa, nie zdradzając oczywiście płci. Zbadała mnie (rozwarcie na 4 cm – łał, to o jeden więcej niż przy pierwszym porodzie, gdy zajechałam do szpitala :P) i uprzejmie kazała przygotować się do wizyty na porodówce. Niestety, ze względu na odpływające wody, musiałam poruszać się na wózku inwalidzkim. Szczere chęci chodzenia i zapewnienia, że wszystko jest okej i czuję się wyśmienicie nie pomogły. Procedury to procedury, znam je.

Na porodówce spotkaliśmy się z położną.

Hura! Mój Człowiek 😉

Oczywiście i tym razem porodówka była przepełniona, wręcz pękała w szwach. To chyba taka nasza tradycja już?! Zostałam przyjęta, wypisałam dokumenty i nie musiałam dostać jednak antybiotyku, bo GBS tym razem ujemny. Aczkolwiek krótko się nacieszyłam stanem bez wenflonu. O północy minął dopuszczalny czas – 6 godzin, na pęknięty pęcherz płodowy bez antybiotyku. I mimo szczerych chęci, antybiotyk mi podano. Czekałam w korytarzu. Miałam kontakt z Mężem. Słuchałam serduszka Maleństwa i próbowałam rozkręcić akcję porodową. Przy badaniu przez lekarzy z porodówki rozwarcie chyba nieco wzrosło, ale szału nie było. Przerazili mnie tylko, że Dziecko szacunkowo waży nieco ponad 3700g! Niemożliwe dla mnie (Córka urodziła się z masą ciała 3060g)! 😉 Po badaniu lekarskim, położna postanowiła zadziałać. 😉 Podczas jej kontroli okazało się, że szyjka jest dość uparta i bardzo wolno ustępuje pod naporem głowy.

Wówczas spojrzałyśmy na siebie.

To było takie wyjątkowe. Bo mnie brał bolesny skurcz, ona badała zachowanie mojego organizmu i równocześnie patrzyłyśmy sobie w oczy. Z takim zrozumieniem. I z lekkim uśmiechem. Niby to wspierającym, niby wynikającym z krępującej sytuacji, ale na pewno z życzliwym. Ciekawe doświadczenie.

Po badaniu poszłam na korytarz do Męża. Strefa tatusiów. 😉 Gniewał się na mnie, że nie wziął książki, bo nie zalecałam, a jednak by się przydała. 😉 Jednak kiedy już byliśmy razem, o książce mowy nie było. Zaczęło się na serio. Chyba około godziny 0:45. W moim przypadku o tym, że zaczęło się na serio, świadczą rzadsze uśmiechanie się i gadanie głupich tekstów ;). Przy skurczach próbowałam sprawdzonej, z pierwszego porodu, metody.

Oparcie o nogi Męża

i oddychanie, z równoczesnym kręceniem kuprem. Tym razem było to jednak mniej skuteczne niż dwa lata wcześniej. Dodatkowo Mąż co jakiś czas znikał – organizacja szafki, toaleta, jedzenie. No co to za wspieranie?! Ja nie wiem ;). Ostatecznie po kilku takich skurczach sama udałam się do toalety (swojej sali nadal nie miałam). Rozpoczęło się to, czym poprzedni poród się zaczął. Oczyszczanie organizmu. Było to o tyle trudniejsze, że kiedy już wychodziłam, już wracałam do Męża, następował kolejny skurcz (coraz częstsze, coraz intensywniejsze) i musiałam wracać do toalety. Położna się wręcz zaniepokoiła i nakazała natychmiastowe wyjście ;). Posłuchałam, wyszłam niechętnie ;).

I miałam już swoją salę!

Numer 1! Ta sama, w której rodziła się Lipcowa Niespodzianka, nasze ukochane Lipcowe Maleństwo, które teraz spało u swoich Dziadków. Nawiasem mówiąc, Rodzice byli przekonani, że do szpitala pojechaliśmy od razu po ich wizycie, po godz.19:00. Byli przerażeni, że czekałam prawie do północy z wyjazdem! Dla nich to niepojęte, a ja… mogłabym pojechać jeszcze później. 😉

Wracając. Już w mojej sali zostałam podłączona do KTG – taki wymóg ;). Zaproponowano mi stołek porodowy, ale z poprzedniego doświadczenia, grzecznie podziękowałam, rezygnując. Wybrałam piłkę. Skurcze jednak były na tyle silne, że podczas ich występowania szalałam na piłce i nie wiadomo było, co robić. Okazało się przy tym, że w tym szaleństwie nie udawało się wyczuć Maleństwa w badaniu. Najprawdopodobniej zamiast się obniżać, gdzieś podskakiwało z mamą. 😉

Położna zaleciła zmianę pozycji.

Wiedziała, że chcę stać, ale mimo to, uległam jej namowom (bo ja bardzo nie chciałam ze względów estetycznych 😉 ) i usytuowałam się na łóżku porodowym w pozycji kolankowo-łokciowej. Z ciekawostek, przy tym porodzie oddychałam „na Azarenkę” i bardzo mi to pomagało. Poza tym, niezawodne okazało się głaskanie po głowie przez Męża. Do tego stopnia mnie to uspokajało i dawało jakąś taką siłę, że srogo zerkałam na Małżonka, gdy przestawał ;). A jak się dowiedziałam później, On równocześnie się modlił. Kochany no. W każdym razie…

Te skurcze były potworne.

To tak szybko się toczyło. Kiedy ich nie było, kładłam głowę na rękach i czułam się fantastycznie. Odpoczywałam. Ale kiedy wracały. Oj! Bałam się, że kopnę położną, i to z pełną premedytacją. Do tego odkryłam, że wykonuję nogami identyczne ruchy jak nasza żółwica wodna, gdy rodziła jajka. Wstyd mi było, o czym myślę rodząc Człowieka. 😉

Pisząc to teraz, mam w ogóle wrażenie, że jakąś część porodu pominęłam, że zapomniałam o niej bezpowrotnie. Ale najwidoczniej nie była istotna. A ponadto poród był taki szybki, taki intensywny, tak różny od poprzedniego…

Być może zanim myślałam, że kopnę położną i uduszę Męża, gdy nie głaszcze moich włosów, czekałam aż rozwarcie osiągnie 10 cm i aż głowa znajdzie się na tyle nisko, że będę mogła przeć. Ale może też to zdarzyło się od razu po zmianie pozycji?!

Nie pamiętam!

Wszystko działo się tak prędko…

Kiedy nadszedł czas na parcie, okazało się dużo łatwiejsze niż pamiętałam. Dużo łatwiejsze niż przy pierwszym porodzie. Teraz myślę, że w dużej mierze wynikało to z pozycji, którą przyjęłam. Jakoś tak, na tych kolanach, wszystko szło bardziej sprawnie, bardziej naturalnie. Jak zwykle miałam zamknięte oczy. Mąż głaskał. Słuchałam położnej, a czasem Męża powtarzającego za położną. 😉 Może coś tam odpowiadałam, ale raczej nie należę do tych gadatliwych podczas porodu. Pamiętam, że śmiałam się przy zwrotach typu:

„Pięknie to robisz!”, „Dobrze, tak dalej!”.

Tak dobrze je znam. I położne z porodówki tak dobrze je znają. 😉 Być może kiedyś naprawdę zacznę w nie wierzyć, tak całą sobą… ;). I nadszedł mój ulubiony moment. Główka ukazała się w kroczu. Ja wiem, że to dla niektórych straszne, dziwne i w ogóle, ale ja uwielbiam ten moment. Chwilę, w której mogę pierwszy raz pogłaskać Dziecko po głowie. Chwilę, której towarzyszy uczucie pieczenia, nieprzyjemnego pieczenia i szczypania. A jednak chwilę, podczas której wiem, że zaraz, za momencik, za jeden, może maksymalnie dwa skurcze, będę przytulać Dzidziusia! To jest ten moment, w którym skupiam się najmocniej, który staram się chłonąć jak najdłużej. I pomimo tego, że nie jest super przyjemny, jest moim ulubionym…

I rzeczywiście po chwili narodziło się Listopadowe Maleństwo. Nasz Syn. Cudowne Dziecko, całe umaziane.

Białe jak bałwanek.

Dziecko z brzoskwiniowego porodu. (Wyjaśnienie! Brzoskwiniowy poród, ponieważ po spożyciu przed porodem brzoskwiń z puszki, syropu, którym są polane oraz brzoskwiniowego Piccollo, bardzo mi się tym smakiem i tą mieszanką odbijało. 😉 Ba! Nawet dwa dni później jeszcze! :P) Nasze Szczęście!

Zanim się przytuliliśmy, musiałam wykonać kilka akrobacji zgodnie ze wskazówkami położnej, bo przecież ciągle byłam brzuchem do dołu. 😉 Ale kiedy tylko położyłam się na plecy, na moim brzuchu spoczął… łkający Klops! (Okazało się, że Maleństwo przeszło moje najśmielsze oczekiwania i ważyło 3920g! Niemożliwe!). Oczywiście, ponownie zgodnie z tradycją, Dziecko oddało na mnie pierwszą smółkę. A Mąż podpowiada, że był wtedy bardzo szczęśliwy i zadowolony.

I przeciął pępowinę.

Po kontroli – brak nacięcia, dwa niewielkie otarcia i uparta lekarka, że trzeba założyć szwy (sztuk dwie, z nieprawidłowym supłem powodujące później spory dyskomfort!) wskoczyłam pod prysznic! Jakieś 20 minut po narodzinach Synka! Znów niemożliwe! Czułam się naprawdę wyśmienicie. No może byłam trochę senna, bo Dziecko urodziło się 115 lisopada 2017 roku o godz. 2:14. Po 8 godzinach od pyknięcia w pęcherzu płodowym i po niespełna 2 godzinach od pierwszych nieprzyjemnych skurczy. Łał! I w dodatku byłam wszystkiego w pełni świadoma. 😉

Wnioski. Po dwóch ciążach, dwóch porodach.

Nic nigdy nie będzie takie samo.

W tym przypadku utwierdziłam się, ponownie, że poród daje niesamowitą moc, że jestem w stanie zapanować nad swoim ciałem i pomóc narodzić się małemu Człowiekowi. Jestem także ogromnie wdzięczna położnej, która mi towarzyszyła. Która słuchała, i której ja chętnie słuchałam. Cieszę się, że ten poród był inny, bardziej intensywny. Wtedy, z jednej strony to tempo mnie przerażało, ale z drugiej cieszyło, bo wszystko było takie szybkie, sprawne. Nie było czasu na użalanie się, rozmyślanie, planowanie. Na przepraszanie za nic. Istna natura, instynkty.

Patrząc z perspektywy czasu – duże Maleństwo jest jeszcze większe, ma już niespełna 5 i pół miesiąca, to było kolejne piękne, wyjątkowe przeżycie. I wiem, że chciałabym doświadczyć czegoś podobnego jeszcze nie raz. Tak, porody dają mi siłę, pewność siebie, wrażliwość. Można dobrze urodzić, będąc w szpitalu. Można czuć się jak człowiek leżąc w mało eleganckiej pozycji. Można przekonać się, że nic nie jest pewne, że nie należy odrzucać wszystkiego po pierwszym razie, nastawiać się.

Można z całą pewnością uznać, że tak, że narodziny są Cudem! Niepowtarzalnym!

Magdalena

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Ewa Cetera logo

Odwiedź mnie na:

Ewa Cetera ikona

Odwiedź mnie na:

Copyright by Ewa Cetera. Wszelkie prawa zastrzeżone.