Notice: Trying to access array offset on value of type bool in /home/platne/serwer21160/public_html/ewacetera/wp-content/themes/celeste/single.php on line 33

Mój pierwszy poród opisałam w niewielkim odstępie czasu, jednakże teraz widzę, że mimo mojego zadowolenia, opis ten jest bardzo pesymistyczny! Stąd opiszę te wydarzenia raz jeszcze, z perspektywy prawie trzech lat!

Był intensywny dzień.

5 lipca 2015 roku. Zwieńczyłam go imprezą grillową z koleżankami z pracy. Od razu, doświadczone, zauważyły, że sporo się głaszczę po brzuchu i napinam. Śmiały się, że mam dużo jeść, bo zaraz zacznę im rodzić i to będzie mój ostatni posiłek.
Miały rację!
6 lipca 2015 roku po godz. 2:00 poczułam pierwszy skurcz. Zaczyna się; nie dało się tego nie zauważyć. Postanowiłam jednak jeszcze trochę pospać, nie panikować. Ale w sumie sen nie trwał długo. Już na dobre obudzona chodziłam po mieszkaniu, liczyłam, kąpałam się i ciągle wyobrażałam sobie mój poród marzeń. Bo plan na poród miałam bardzo dokładnie wyrobiony. 😉 Około godz. 4:00 obudziłam Męża. Nieco się dziwił, że trwa to tak powoli, tak długo. Zrozumiał, że filmy kłamią. 😛 Zadzwoniłam także do położnej, z którą byłam umówiona w trakcie ciąży.

Akurat kończyła dyżur nocny.

Trudno, miniemy się. Ale obiecywała znaleźć kogoś miłego z nowej zmiany.
W nocy oglądaliśmy jeszcze z Mężem odcinki „Baranka Shauna”, zjadłam banana i batonik około 5:00 nad ranem – ostatni posiłek! Nad ranem natomiast, słuchałam Mszy św. w radiu na rozesłanie poznańskiej pielgrzymki, skacząc równocześnie na piłce. Pomagało. 😉 Wtedy myślałam, że „to już”. Wspólna modlitwa i postanowiliśmy jechać do szpitala.
Izba przyjęć. Podchodzę i mówię, że choć nie wyglądam, to rodzę, że znam ten szpital, że w miarę możliwości chcę wrócić do domu, jeśli to jeszcze za wcześnie. Miła pani dr mnie zbadała – 3 cm, szyjka całkowicie gotowa – zostajemy. Przebieram się, idę po Męża, czekamy, bo ze mną jeszcze cztery czy pięć pań do porodu, indukcji, na różnym etapie i równie jak ja bez szału (chociaż chyba tylko ja nadal przy tych 3 cm chciałam wrócić do domu i przyznam się – byłam nieco rozczarowana, że to dopiero 3 cm, czułam się na więcej ;)).
Na porodówkę trafiam około godz. 10:00.

Panuje tam istne szaleństwo!

Brak sal, pełno kobiet, biegające położne i przerażone swoim pierwszym dyżurem (w tym miejscu) studentki. Przy przyjmowaniu miałam sporo przygód. Kłótnię o wenflon, komentarze dotyczące planu porodu, niewłaściwie zinterpretowane wyniki badania w kierunku GBS oraz pierwsze w życiu podłączenie KTG… Było tym bardziej wyjątkowe, że podłączyłam je sobie sama, gdyż studentka chyba niezbyt potrafiła. 😉
Poród nieszczególnie postępował. Zresztą i tak przez to zamieszanie, nie miał się mną kto zająć i chcąc nie chcąc, byłam zdana na siebie. Po długiej rozłące dołączyłam do Męża, na korytarz dostępny dla wszystkich, łącznie z panami dostarczającymi obiady lekarzom. 😛 Tam skurcze się rozhulały, jak myślałam wtedy, już na dobre. 😉 Podczas każdego takiego skurczu, chwytałam siedzącego Męża za nogi, na wysokości kolan i wpół zgięta, oddychałam kręcąc biodrami. Fajne. Dawało ulgę. Albo chociaż poczucie ulgi oraz satysfakcji, że robię coś więcej niż siadanie podczas skurczu na krzesełku obok Męża i płakanie, że boli. 😉 Ba! Raz nawet Męża (mój chwyt) zabolało bardziej niż mnie (skurcz)! 😛

W końcu około godz. 17:00 otrzymałam salę.

Numer 1. Taka, której nie chciałam. Ale na tym etapie już nie wybrzydzałam. W sali przetestowałam piłkę, stołek porodowy (nie dla mnie, prawie wylądowaliśmy na podłodze), wzięłam prysznic, podczas którego myślałam, że położę się na podłodze i tak zostanę oraz za moją zgodą (choć niechętnie to uczyniłam), przebito mi błony płodowe. Po tym zabiegu miałam planowo urodzić w przeciągu dwóch godzin. Nic bardziej mylnego. Byłam już bardzo zmęczona. Musiałam leżeć na łóżku, żeby Dzidziuś się zrotował. Odpływały mi delikatnie seledynowe wody. Skurcze indukowałam poprzez brodawki (nie chciało mi się, naprawdę ;)), a gdy już się skurcze pojawiały, oj nie chciałam ich serdecznie. Cały czas miałam już zamknięte oczy. Nowa studentka chwaliła moje oddychanie. Mówiłam, że to dzięki oglądaniu Wimbledonu nauczyłam się oddechu. Od tenisistów. Ale, nazwanej przeze mnie metodą Azarenki, nie polecam. 😛 (Mąż później mówił, że sporo dowcipkowałam i miałam dobry humor, a mi jest wstyd, że takie pierdoły mówiłam. ;))

Tutaj wydaję się taka spokojna i radosna.

Ale tak naprawdę miałam dość. Bolało. Podczas skurczów wokalizowałam, całkiem cicho, ale zawsze. Mówiłam, wydychając powietrze: „Boli. Boli. Boli. Boli…” i pomagało. Bardzo pomagał też Mąż. Głaskał mnie nieustannie po głowie. Tak, to było bardzo przyjemne. Przy skurczach mocno wtulałam twarz w zimną poręcz łóżka. Bałam się, że ją oderwę, albo że wcisnę guziki i łóżko się złoży, ale to dawało ulgę…
Wracając jednak. Okazało się, że po przebiciu pęcherza rozwarcie niby postępuje, ale Lipcowe Maleństwo nieszczególnie się obniża i dodatkowo, nieefektywnie prę (kiedy już przeć można było). Położna powiedziała, że przykro jej, ale będę rodzić z kolejną zmianą. I znów pojawił się niechciany stres. Panika! Nie chcę kolejnej zmiany, nie chcę jeszcze czekać, chcę urodzić! Prędko!
W związku z tym, pod nieobecność położnej próbowałam sama przeć przy skurczach. I udało się.

Około godz.18:45 położna wraca…

I tutaj wkleję część opisu z lipca 2015 roku:
„W końcu słyszę zbawienne słowa położnej: „Do porodu na jedynkę proszę!”. I nawet nie pamiętam kto i kiedy wszedł, ale chyba nadal było nas mało, było intymnie… Na tym etapie pamiętam jedynie, że nadal szalenie chciałam oddać mocz (dziwi mnie, że nie zostałam jednorazowo cewnikowana, co kiedyś było normą, tym bardziej, że pełen pęcherz utrudnia poród…), no i że położna obiecywała nacięcie krocza. Podczas jednego ze skurczy, który właściwie odczułam dość krótko, położna kazała na zmianę brać powietrze i przeć – wiedziałam, co się szykuje i może to dziwne – ale czułam zimny metal nożyczek na udzie, przy kroczu. Czekałam na ten moment, kiedy niespodziewanie usłyszałam jedne z milszych słów 😉 – robimy ochronę! Udało się! Ominęło mnie nacięcie, którego się tak bałam przez całą ciążę właściwie. 😉 Ale z drugiej strony zaczął się poród trudniejszy – trzeba słuchać i dokładnie wykonywać polecenia.

Pamiętam, że pierwsze „świeczki” wyszły mi fantastycznie,

z każdymi kolejnymi miałam problem i przepraszałam. Nie czułam chyba już tak skurczy, ale zdarzało mi się samoistnie przeć. Dużo przepraszałam, raz kazano mi otworzyć oczy, co zrobiłam i najbardziej pamiętam, że ktoś pomagał mi przytrzymać głowę, ale całkiem delikatnie i miło – jak się później okazało, był to poinstruowany przez panią dr (tak! pojawiła się miła i drobna pani dr! ☺) Mąż. Pamiętam też uczucie szczypania i pieczenia w kroczu i pozwolenie położnej na dotknięcie wystającej już nieco główki. ☺ Bardzo chciałam, żeby Mąż też dotknął, ale nie miałam siły powiedzieć… Na szczęście położna pozwoliła mu i myślę, że jest to jedno z kolejnych ważnych wydarzeń w życiu mojego Męża – bardzo to przeżył, ale pozytywnie. ☺ Później kojarzę już tylko polecenia, próby ich zrealizowania i ulgę, i ciepło, i że próbuję się przypatrzeć. Właściwie to chyba byłam zupełnie nieświadoma tego, co się dzieje, jakbym była trzy sale dalej od tych wydarzeń. 😉 Później Mąż mi przypomni, że z chwilą urodzenia położna krzyknęła:

„Laska!”,

po czym (i to już dobrze pamiętam) podniosła Maleństwo kroczem na wysokość moich oczu, pokazując i powtarzając: „Laska!”. Była równo godzina 19:00!  Położono mi Córeczkę na piersiach – było to bardzo przyjemne i ciepłe, tym bardziej, że odśluzowała się na mój dekolt i oddała smółkę na brzuch. ;). Mąż ciął pępowinę.”

I właściwie na tym mogłabym skończyć. Dodam tylko, że rzeczywiście, przy tym porodzie byłam mniej świadoma tego, co się dzieje. Byłam jednak równocześnie bardzo przejęta, zachwycona, zadowolona i szczęśliwa.

Tak, bardzo szczęśliwa.

Zrozumiałam, że mam ogromną moc i siłę. Że potrafię zapanować nad swoim ciałem, czego się nie spodziewałam. Byłam dumna z siebie. Chociaż pamiętam, że wtedy też mocno na siebie się gniewałam, bo rodziłam inaczej, niż sobie zaplanowałam. Właściwie to niewiele się zgadzało z moimi wyobrażeniami i wynikało to także z mojej postawy. No, ale szczerze, kto jest w stanie, tak na 100%, przygotować się do porodu?! 😉 I teraz jestem przekonana, że nie powinnam była tyle przepraszać. Bo nawet nie wiadomo za co i po co. Wszystko siedziało tylko w mojej głowie…
To były piękne chwile i niezależnie od tego, co przeżywałam, już chwilę po porodzie postanowiłam, że chcę mieć więcej dzieci i więcej rodzić. I to postanowienie udało się zrealizować… na razie tylko troszkę. 😉

Magda

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Ewa Cetera logo

Odwiedź mnie na:

Ewa Cetera ikona

Odwiedź mnie na:

Copyright by Ewa Cetera. Wszelkie prawa zastrzeżone.