Notice: Trying to access array offset on value of type bool in /home/platne/serwer21160/public_html/ewacetera/wp-content/themes/celeste/single.php on line 33

To była dziwna ciąża.

Cały czas czekałam, kiedy usłyszę, że mam leżeć i się nie ruszać – po przejściach w poprzedniej było to wielce prawdopodobne. Więc czekałam na „wyrok”, starając się nie panikować i być dobrej myśli, i próbując jak najwięcej być dla dziewczyn póki mogę. Przeczekałam tak piąty miesiąc, szósty, siódmy… Szyjka się trzymała, wszystko było ok, a ja z każdym dniem oddychałam spokojniej. W końcu koło 32 tygodnia coś tam zaczęło się dziać, lekarka kazała mi zwolnić, ale po kolejnych dwóch tygodniach sytuacja pozostawała bez zmian, szyjka nadal miała przyzwoita długość, małe rozwarcie pozostawało małe, więc przestałam się przejmować. Dotarło do mnie, że chyba jednak urodzę w terminie, i w końcu spotkałam się z położną domową – licząc na to, że tym razem w końcu uda się w domu (w pierwszej ciąży plany pokrzyżowała cukrzyca, w kolejnej pechowo trafiłam w dyżur położnej), ale nauczona poprzednimi doświadczeniami nie przywiązywałam się przesadnie do tej myśli. Moja lekarka powtarzała cały czas że najważniejsze, żebym skończyła 36 tygodni, to będzie już w zasadzie dobrze.

W weekend, pod koniec 36 tygodnia

zmogła mnie w nocy z piątku na sobotę jakaś błyskawiczna jelitówka, całą sobotę dochodziłam do siebie. Niedziela już była dobra, padał deszcz, ale poszliśmy z dziewczynkami na dłuższy spacer do strumienia i na przełaj przez strome łąki, wróciliśmy przemoczeni, ubłoceni i zadowoleni. W poniedziałek, już w Krakowie, załatwiliśmy jakieś zaległe sprawy, wszystko było ok. Następnego dnia, wg. wyliczeń moich i lekarki, miało być to magiczne pełne 36 tygodni.

W nocy, musiało być jakoś po pierwszej, zaczęłam mieć wrażenie, że mam skurcze – regularne, bolesne fale, ale na tyle do wytrzymania, że pozostawałam w półśnie, zastanawiając się nieprzytomnie, czy to ma jakieś znaczenie. Uznałam, że nie i przeleżałam jeszcze kolejne fale, aż zaczęłam mieć wrażenie, że jest mi jakby nieco mokro. Sięgnęłam między nogi, przyświeciłam sobie komórką i zobaczyłam krew.

W tym momencie czas zaczął płynąć powoli,

albo może właśnie bardzo szybko? Sama nie wiem… Natychmiast oprzytomniałam, obudziłam męża, i najspokojniej jak umiałam (chyba przede wszystkim sama siebie próbowałam uspokoić) powiedziałam: „nie denerwuj się, ale chyba rodzę”. Wylazłam z łóżka i poczłapałam do łazienki, znacząc trasę śladami krwi. Zapaliłam światło, weszłam pod prysznic i przestraszyłam się jeszcze bardziej, bo krwi było naprawdę dużo, ciekła mi po nogach, a po chwili dołączył do niej naprawdę duży skrzep, i kolejny… Szczerze mówiąc byłam przerażona, ale uznałam źe panikowanie nic mi nie da. Była 1:23. Mąż zadzwonił do mojej mamy, na szczęście odebrała. Ja do domowej położnej, która kazała nie panikować i jechać do szpitala, i dać jej stamtąd znać, czy to faktycznie poród – wtedy miała dojechać. W tym czasie skurcze w zasadzie całkiem się wyciszyły, zapewne z nerwów, a ja oczywiście nie czułam żadnych ruchów…

Moja mama na szczęście stanęła na wysokości zadania

i przyjechała szybko, ja czekając starałam się spakować torbę, której oczywiście jeszcze nie miałam, co pomagało trochę zając myśli. O 1:53 wsiedliśmy do auta. To był zdecydowanie najszybszy przejazd przez cały rozkopany Kraków, po ciut ponad 15 minutach byliśmy na miejscu. W aucie skurcze wróciły, ale niezbyt mocne i częste, tak co cztery minuty. Weszliśmy przez SOR, wdrapaliśmy się na pierwsze piętro i prosto na IP. Tam kilka szybkich pytań i to, na co czekałam i czego się bałam – położna przyłożyła mi pelotę od KTG do brzucha i usłyszeliśmy mocne, regularne tętno – ufff. W tej chwili wróciłam do rzeczywistości z tej mrocznej komórki, w której moja podświadomość zabarykadowała się, oczekując złych wieści, i uznałam że mogę rodzić, dziecko żyje,

wszystko w porządku.

Pierwszy raz zaliczyłam wszystkie szpitalne procedury związane z przyjęciem – co prawda badanie wykazało 8 cm rozwarcia, ale skurcze nie rozkręciły się jeszcze z powrotem na dobre, wiec mieliśmy czas. Zadzwoniłam znów do naszej położnej, która stwierdziła że nie ma szans dojechać, więc musimy urodzić bez niej. Poszłam z młodą lekarką na USG (nigdy nie miałam przy porodzie, nie było czasu ), tu też było wszystko ok. Tam skurcze się wzmocniły, ale były wciąż co 3-4 minuty. Zaliczyłam nawet będące faktycznie wątpliwą przyjemnością KTG na leżąco, i tu już było bardzo nieprzyjemnie, bo skurcze się zagęściły i były coraz dłuższe. Na szczęście wypełnianiem miliona rubryczek zajął się mąż.

W końcu odzyskałam wolność

przeszliśmy z M. na salę porodową. Nie wiem, która była godzina, pewnie bliżej trzeciej niż drugiej. Pierwszy raz rodziłam w nocy – cicho, przyciemnione światło, zero zamieszania, położna zaglądająca co jakiś czas… Fajnie. Skurcze nadchodziły regularnie, coraz częściej, coraz mocniej, na coraz dłużej. Poprzednie dwa razy pierwszą fazę spędzałam w pozycji kolankowo-łokciowej, tylko wtedy było dobrze. Teraz spróbowałam tylko raz i zawyłam, ból był nie do wytrzymania. Zaczęłam rozpaczliwie poszukiwać „mojej” pozycji, jeden skurcz przeżyłam zwisając na linie, a potem mąż zaproponował, żebym uwiesiła się na nim i to było to. Podczas skurczów wieszałam mu się na szyi usiłując prawie oderwać stopy od podłoża.

Pomiędzy tuliłam się do niego i odpoczywałam.

Było bardzo intensywnie i boleśnie, ale pierwszy raz naprawdę przyjmowałam kolejne fale bólu z wdzięcznością, wiedząc że nasze trzecie dziecko jest coraz bliżej, oddychając tak, żeby dać mu jak najwiecej tlenu. Mąż powiedział potem, że wiedział kiedy zbliża się kolejny skurcz, bo buchało na niego moje ciepło, podobno błyskawicznie robiłam się gorąca… Powiedziałam położnej, źe chciałabym urodzić w pozycji wertykalnej, jak poprzednie dzieci (obie starsze na stołeczku). I ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu okazało się, że nie ma problemu. Położna powiedziała, że oczywiście, urodzę jak zechcę, tak jak się poród potoczy, i że patrząc na mnie sądzi, że to będzie na stojąco.

I miała rację.

W pewnym momencie dotknęłam krocza i już całkiem blisko, tylko ciut wyżej, poczułam napiety pęcherz płodowy. W tym czasie już lekko parłam na skurczach, bo przynosiło mi to ulgę.Zawołałam położną mówiąc, że dziecko jest już blisko. Ktoś trzeci zapytał, czy dzwonić po neonatologa, ale położna stwierdziła że jeszcze nie. Ustawiła nas tak, żeby mogła widzieć co się dzieje, ale cały czas pozostawałam przytulona do męża. Powiedziała że dziecko jest nieduże, więc dobrze by było gdybym nie parła, pozwalając mu wyjść w swoim tempie. Jakoś wtedy przebiła też pęcherz, nie wiem w sumie po co, ale wtedy kompletnie mi to nie przeszkadzało.

I tak w końcu urodziłam.

Stałam przytulona do męża, wyraźnie czując jak główka obniża się coraz bardziej, ale nie prąc, tylko dysząc na skurczach. To nie trwało długo, w książeczce mam wpisane 10 minut drugiej fazy, ale nie wiem czy było choć tyle. Czułam jak małe rozpiera mnie coraz bardziej, zaskakująco boleśnie, i jak przesuwa się do wyjścia. Bardzo starałam się nie przeć, tylko na szczycie każdego skurczu przez moment ta potrzeba była silniejsza od mnie. W końcu główka, a za nią cała reszta, wytoczyła się ze mnie, i położna podała mi to maleńkie, ciepłe, całe pokryte mazią i lepkie ciałko do przodu.

Była 3:15.

Nasze trzecie dziecko, nasz cud, nasza córeczka… Kolejna, jak się okazało . Lekarka przyszła dopiero po chwili, tak że sam poród odbył się w minimalnym składzie.
Kaja okazała się ostatecznie nie taka maleńka, jak na etap ciąży (w szpitalu wpisali jej wiek ciążowy 35+6), bo ważyła 2880 i mierzyła 51 cm. Zdrowiutka, od początku była cały czas ze mną, dwie godziny tuliłyśmy się po porodzie, potem na położniczym też byłyśmy cały czas razem. Ja wyszłam z porodu bez obrażeń (nie dziwota, malizna miała główkę 33 cm, i mimo, że podobnie jak starsza siostra, rodziła się z rączką przy głowie, nie miała szans przebić 36 cm średniej córki). Co nie zmienia faktu, że samo rodzenie się jej było dla mnie najbardziej bolesne (i najbardziej świadome) ze wszystkich porodów – nie wiem czy to kwestia pozycji stojącej, braku parcia, czy tego że nie pękłam, ale tak było.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Ewa Cetera logo

Odwiedź mnie na:

Ewa Cetera ikona

Odwiedź mnie na:

Copyright by Ewa Cetera. Wszelkie prawa zastrzeżone.