Notice: Trying to access array offset on value of type bool in /home/platne/serwer21160/public_html/ewacetera/wp-content/themes/celeste/single.php on line 33

Historie PorodowePoród naturalnyKalina w czepku urodzona

Tytułem wprowadzenia:

w marcu dwa lata wcześniej urodziłam Szelmę. Chciałam rodzić w domu, ale cukrzyca ciążowa przekreśliła moje plany. Urodziłam 19 dni przed terminem, w szpitalu, z własną położną, w 5h po odejściu wód i 4h od pierwszego skurczu, siłami natury bez żadnych ingerencji. Na krzesełku, bez nacinania, z małym pęknięciem, Szelma ważyła 3220 i mierzyła „całe” 52 cm . To był dobry poród, szybki, intensywny, może coś tam bym zmieniła, ale wspominałam go zawsze fajnie. Tym razem też chciałam w domu, ale sytuacja wyjściowa była bardziej skomplikowana – rok temu poroniłam i miałam łyżeczkowanie, w związku z czym położna, z którą rodziłam starszą córkę, nie chciała przyjąć domowego. Pogodziłam się z tym, zwłaszcza, że od połowy ciąży zaczęły się problemy, skracająca się szyjka, polegiwanie, Luteina i magnez… Straszyli mnie przedwczesnym porodem, grozili szwem, nakazywali leżenie, a ja w permanentnym stresie odliczałam dni i tygodnie do bezpiecznego etapu. Pod koniec ciąży temat domowego wrócił – znalazłam położną, która zgodziła się, mimo wcześniejszego łyżeczkowania… Musiałam „tylko” donosić, mieć wszystkie wyniki w porządku i nie trafić w dyżur położnej… I, uprzedzając fakty, tylko to ostatnie się nie udało :/

Nadszedł 37 tydzień

i minął, a ja ku własnemu zdumieniu nie urodziłam, jak tylko donosiłam – tego się spodziewałam po pierwszej ciąży, i przebojach w tej. Zaczęłam żyć znowu normalnie, długie spacery, seks, normalne zajmowanie się Szelmą. 38 tydzień, 39… Czułam się coraz lepiej, pomijając problemy ze snem wszystko było ok. Brzuch twardniał jak zawsze, czop odchodził na raty od dawna, rozwarcie zwiększało się z wizyty na wizytę (do trzech cm), i nic… Położna stwierdziła że nie będzie mi mówić, kiedy ma dyżury, żebym się nie stresowała niepotrzebnie – i miała rację, bo jak wiedziałam, to nie spałam z nerwów, że zacznie się w nieodpowiednim momencie. We wtorek, tydzień przed terminem, koło drugiej w nocy obudził mnie skurcz, potem kolejny. Nie były jakieś powalające na kolana, ale jednak wyraźnie bolesne i częste. Prysznic nie pomógł, kołysanie biodrami i zmiany pozycji też nie bardzo, zaczynałam już myśleć że to to… Ale po kolejnej kąpieli, koło 5:30, wszystko ucichło.

Środa i czwartek były spokojne.

Kolejna wizyta u ginekolożki i KTG, zebranie w żłobku u małej, duże zakupy. W czwartek wieczorem wpadli do nas znajomi, siedzieliśmy prawie do północy. Noc też bez atrakcji, jedna z lepszych ostatnimi czasy.

W piątek rano, o 8, jeszcze w łóżku, poczułam skurcz. Bolesny, ale bez szału. Ok, nie pierwszy, nie ostatni. Po 8 minutach kolejny – patrz wyżej, miałam już kilka dni wcześniej regularne skurcze co trzy minuty, więc czym się przejmować… Następny. Hm. Trzeba by chyba wstać i ogarnąć Szelmę… Poszłyśmy do łazienki, załatwiłyśmy poranną toaletę, po chwili powtórka z rozrywki, bo Młoda zrobiła kupę, więc trzeba było umyć pannę.

Skurcze sobie były,

owszem bolesne i przeszkadzające (starałam się nie straszyć Szelmy i w trakcie tłumaczyłam jej że trochę boli mnie brzuch ale zaraz przejdzie), i może trochę częstsze, ale jak zajęłam się córą to przestałam mierzyć czas. M. przejął Młodą i dał jej śniadanie, a ja weszłam pod prysznic zakładając, że pomoże i ból minie… Nie minął – w trakcie prysznica nadeszły kolejne trzy skurcze, coraz bardziej bolesne i zdecydowanie częstsze, i po wyjściu już takie zostały – co 3, co 2 minuty. Była prawie dziewiąta i zaczęło do mnie docierać, że może jednak rodzę… Postanowiłam sprawdzić, czy coś wyczuję w temacie rozwarcie i jakież było moje zdziwienie kiedy wyczułam, owszem – pęcherz płodowy, i chyba jakieś resztki szyjki, w każdym razie na pewno było większe rozwarcie niż te trzy cm sprzed kilku dni.

M. zapakował Młodą do auta i pojechał odwieźć ją do żłobka (jeszcze się z nią pożegnałam między skurczami), a ja, wciąż goła, z ociekającymi wodą włosami, w pozycji kolankowo-łokciowej na podłodze koło prysznica, coraz mniej panując nad bólem, zaczęłam dzwonić do położnej.

Nie odbierała.

W ciągu dwudziestu paru minut zadzwoniłam do niej dziesięć razy – chyba po każdym kolejnym skurczu. Michał wrócił i zastał mnie na tej podłodze, i chyba trochę się przestraszył… Nie wiedziałam co robić – dzwonić dalej, pakować się do auta czy jeszcze coś innego. W końcu położna oddzwoniła – okazało się że niestety ma dyżur, a nie odbierała, bo była przy cięciu… Czyli już wiadomo, że ruszamy do szpitala .

W pierwszej chwili prawie się popłakałam, już nawet nie dlatego, że nie w domu, tylko ponieważ tak koszmarnie mnie bolało, że wizja 20-30 minut w samochodzie była absolutnie przerażająca… No, ale co było robić. Michał w zasadzie mnie ubrał w to, co zgarnęłam z szafy, piękny październikowy zestaw zresztą – krótka spódnica, koszulka, ciepła kurtka i buty na gołe stopy – i zwlekł po schodach do auta.

To nie była dobra podróż.

Siedziałam grzecznie przypięta, a przy każdym skurczu wyginałam się w łuk wbijając stopy pod maskę i twarz w szybę, kierowcy z sąsiedniego pasa mieli co oglądać. No ale jakoś dojechaliśmy na drugi koniec miasta…

Na porodówkę wgalopowaliśmy parę minut po 10, z tylko jedną przerwą na skurcz po drodze, mając już kompletnie w nosie jakie wrażenie robię na postronnych obserwatorach – miny niewinnych odwiedzających w holu głównym podczas gdy wyłam uwieszona na szyi męża bezcenne. Tym razem nawet nie zahaczyłam o izbę przyjęć – nasza położna zgarnęła nas prosto od drzwi oddziału i zaprowadziła do sali rodzinnej. Żadnych papierów, żadnego przebierania, szybkie badanie:

jest pełne rozwarcie.

A zastanawialiśmy się czy tym razem będzie szybciej niż z Szelmą – wtedy jak dojechaliśmy było „tylko” 8 cm…

Kolejne dwadzieścia minut minęło szybko… Położna opasała mnie pasami od KTG (błogosławiony zestaw bezprzewodowy) podczas, gdy klęczałam oparta o krzesełko porodowe. Poszłam jeszcze do toalety, starszy lekarz który stał z boku i rzucał żarciki dla rozluźnienia atmosfery zapytał, czy mogę mniej krzyczeć, bo straszę te panie z korytarza, które jeszcze nie rodziły, równie uprzejmie odmówiłam.

 I zaczęły się parte…

Podobnie jak za pierwszym razem, usiadłam na krzesełku, oparłam się o M. siedzącego za mną, były tam jeszcze jakieś dodatkowe osoby, ale poza moim polem widzenia, ja ogarniałam tylko własne ciało, ból, parcie, silne ręce męża podtrzymujące mnie i położną klęczącą przede mną… Czułam schodzenie główki, parłam tak jak chciałam, i po kilku skurczach zaczęła wyłaniać się główka, wciąż otoczona pęcherzem płodowym… Wszystko to było znacznie bardziej bolesne i trudniejsze, niż za pierwszym razem, choć nie trwało długo, no i miało sens… Położna poprosiła żebym nie parła przez chwilę, potem kolejny skurcz i główka była już na zewnątrz, razem z łapką zresztą, jak się okazało, a wody w końcu odeszły – pozostawiając na łebku resztki błon. Poczekaliśmy na kolejny skurcz, znów poparłam i reszta ciałka nie bez trudu opuściła mój brzuch.

Była 10:30, 2,5h od pierwszego skurczu.

Położna podała mi małego, wściekle fioletowego i całkiem dorodnego gnoma i po raz drugi w życiu ogarnęło mnie to uczucie absolutnego szczęścia, ekstazy odbierającej oddech… Jak pomyślę, że pewnie już więcej tego nie przeżyję, to robi mi się smutno. Sprawdziliśmy, co też nam się urodziło, stwierdziliśmy, że Kalina, oparłam się o męża i tuląc ciepłe ciałko, po chwili urodziłam łożysko. Wszyscy twierdzili, że Mała wygląda na całkiem dużą, ale przez pierwsze ponad dwie godziny nie oddałam jej nikomu, więc nie dało się tego zweryfikować.

Pękłam lekko, bo Kalina miała sporą główkę i rodziła się na Supermana, tudzież Krakowiaka, więc położna założyła szwy, i zostawiła nas samych. Potem na noworodkach okazało się, że panna mierzyła 56 cm i ważyła 4170g – gdzie ona się zmieściła? Wytrzymaliśmy do następnego dnia i wypisaliśmy się na żądanie, Kalina pięknie ssąca i już nie fioletowa a wściekle czerwona, ja w doskonałej formie, poza szwami nie odczuwając, że rodziłam, i zaczęliśmy nowy rozdział, już we czwórkę.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Ewa Cetera logo

Odwiedź mnie na:

Ewa Cetera ikona

Odwiedź mnie na:

Copyright by Ewa Cetera. Wszelkie prawa zastrzeżone.