Historie PorodowePoród naturalnyIrenka maleńka czyli poród po portugalsku

https://ewacetera.pl/wp-content/uploads/2018/02/belly-painting-409805_1920.jpg

Wszystko zaczęło się 29 grudnia rano,

kiedy pojechaliśmy do szpitala na umówione KTG i wizytę kontrolną. KTG nie wykazało w zasadzie niczego, chociaż jakieś tam skurcze miałam już od dwóch tygodni, czasem nawet dość silne, ale zawsze wyciszające się po prysznicu.

Tego dnia pierwszy raz w czasie całej tej ciąży zbadano mi szyjkę i rozwarcie (2 cm). I tu mam wrażenie nastąpił masaż szyjki, bo to chyba jednak nie było zwykle sprawdzenie rozwarcia, za bardzo bolało. (Potem lekarka badająca powiedziała mi, że jej syn mieszka w Warszawie od trzech lat, bo ma tam dziewczynę… Nie miała zbyt zachwyconej przy tym miny i wnioskuję, że może stąd jej brak delikatności przy badaniu). Powiedziała mi, że wyznacza dzień wywoływania porodu na 11 stycznia (41 tygodni i 1 dzień) o ile oczywiście nie urodzę do tego czasu.
Po powrocie do domu dostałam delikatnego plamienia, ale wiedziałam, że to normalne po badaniu, więc się nie przejęłam, wkrótce potem wyszedł czop. Spoko – myślę. Czyli jednak urodzę w tym tygodniu. 

Pojechaliśmy na spacer nad rzekę, na godzinę.

Nadal nie miałam żadnych skurczy, więc generalnie luzik lajcik. 
Wieczorem, około 19 Nuno zaczął przygotowywać kolację, a ja siedziałam z Diką na kanapie i coś tam zaczęło mnie cisnąć. I znowu. I po jakimś czasie znowu. Więc Dika panika, że szpital natychmiast  bo jeszcze urodzę w samochodzie jak jej przyjaciółka , ja na to, że nie mam zamiaru rodzić w samochodzie, i że spokojnie, przecież takie skurcze to ja już miałam. Na razie zjedzmy kolację. Na deser Dominika zrobiła mi wielką michę sałatki owocowej, którą wciągnęłam całą. Od 19.30 Nuno mi zaczął mierzyć częstotliwość skurczy i po godzinie wyszło, że są co 8-10 minut. A ja bardzo chciałam zaczekać z wyjściem z domu aż do momentu kiedy Gucin pójdzie spać. Ale niestety nie udało się. Jeszcze wzięłam prysznic, myśląc,, ze to spowolni lub zatrzyma akcję, ale nici. 
Zabawne, że tyle marudziłam, że chcę rodzić już już już, a jak przyszło co do czego to nie chciałam żeby to było akurat wtedy .

Wyszliśmy z domu około 20:30

Po drodze do szpitala jeszcze sobie pogadaliśmy, że może to fałszywy alarm, bo to przecież się często zdarza. Że nawet jeśliby „real deal” to pewnie wszystko się zatrzyma wraz ze stresem szpitalnym, tak jak poprzednim razem. Oboje byliśmy dość wyluzowani, a ja sobie myślałam, że 30 grudnia to nawet nie taka zła data na urodziny. 
Dojeżdżamy. Jeszcze przepakowuję trochę rzeczy z torebki do plecaka naszego ze „sprzętem do rodzenia”. Nuno się nabija, że miałam na to tyle czasu, a zdecydowałam się to robić akurat teraz. Główne wejście zamknięte już, no to idziemy do windy zewnętrznej, która ma nas dowieźć na pogotowie. Napisane na niej, że pierwsze piętro to o pogotowie. Ale na pierwszym piętrze drzwi, a za nimi parking podziemny… Hmmm… Jedziemy na drugie. Drzwi, parking podziemny. Wracamy na pierwsze. Okazuje się, ze trzeba czytać ze zrozumieniem.

Wejście na pogotowie jest przez parking.

Cali zadowoleni podchodzimy do okienka, że my tu przyjechaliśmy rodzic, a facet na nas patrzy mocno zdziwiony i mówi, ze to pogotowie pediatryczne, ze musimy iść na pogotowie ogólne, wziąć numerek i czekać. No to idziemy. A skurcze jakby nie przechodzą skubane tylko nasilają się wręcz. Dziwne. 

Czekamy może 10-15 minut, z nami czeka cała sala pacjentów oglądająca mecz Benfica z Victoria Guimaraes (nadal remis bezbramkowy). Czuć w powietrzu, ze wszyscy podekscytowani  w kolejnym okienku informujemy co i jak, pani jeszcze upewnia się jaki adres i nazwisko uzupełnia, spoko, nie śpieszy nam się, teraz czekamy na to, aż wezwie mnie pielęgniarz, który przeprowadza sort pacjentów i daje im opaski na rękę zgodnie z tym jak poważny jest stan pacjenta. 

Czekamy niedługo tym razem. Może kolejne 10 minut. Miły pielęgniarz wypytuje, który to tydzień, co ile skurcze. Mówię co i jak, w międzyczasie wstaję z krzesła, bo już coraz bardziej mi skurcze dają popalić. –

spokojnie już zaraz pani będzie mogła iść.

Ja na to, że jestem spokojna, ale łatwiej mi na stojąco i chodząco. Dostaję ładną opaskę, bodajże w kolorze pomarańczowym, czyli urgent i pielęgniarz życzy wszystkiego dobre i mogę iść… Na pogotowie ginekologiczno położnicze… Tak tak. To nie koniec. Dobrze, że wszystkie te części są położone obok siebie. Ponieważ już mi się zaczyna nudzić czekanie, wchodzimy prosto bez pukania do części dla pacjentów, a tam trzy panie pochylone nad kompem, z minami bardzo zajętymi. Jedna z nich pyta, czy byliśmy wołani (w sensie nasz numerek), no to my, że nie. A no to proszę się udać do poczekalni i czekać.

To idziemy i czekamy kolejne jakieś 10-15 minut. Ja już tylko chodzę w kółko, panie z poczekalni mnie obczajają i się dziwią co robię.

Benfica strzela gola.

W końcu nasz numerek. Idę sama, Nuno zostaje w poczekalni. Okazuje się, że z trzech pań jedna to ginekolog mojej teściowej, z którą już raz miałam nieprzyjemność się spotkać w poprzedniej ciąży, druga to pielęgniarka, a trzecia to pani pomocnica pielęgniarki. Zapraszają na fotel do KTG, ale lekarka stwierdza, że ja coś za bardzo sapię, więc idę z nią do gabinetu obok sprawdzić rozwarcie.

Lekarka: Eee, ma pani trzy centymetry.
Ja: Też sobie myślę, że łee… Tylko o jeden więcej niż rano.
Lekarka: A nie nie. Jednak cztery. 
Ja: ???
Lekarka: A nie, jednak pięć.
Ja: ?!?!?!?!
Lekarka: To już nie warto, żeby pani się ubierała. Ale ja tu muszę wydrukować zgodę dla pani do podpisania, a komputer mi się wiesza.

W tej sytuacji idę siusiu, skurcze dalej mam i coraz silniejsze, nie wiem gdzie ten szpitalny stres, co miał je ewentualnie spowolnić. Wracam, komputer nadal ani drgnie, to idę na fotel do KTG jednak. Pielęgniarka i pani pomocnica jak usłyszały o rozwarciu to się nagle zrobiły miłe i przy okazji rozmowne. Wypełniamy razem moje dane, tzn pielęgniarka do komputera wprowadza info typu czy palę, czy piję, jakie mam wykształcenie, wyznanie etc. W międzyczasie skurcze mam już na tyle silne, że na niektóre odpowiadam po dłuższej chwili, bo się wiję na fotelu. Pielęgniarka dzwoni w międzyczasie na porodówkę i mówi, ze ma tu cudzoziemkę z 5 cm rozwarcia. – no jak to nie ma miejsca?!

Aha, no to pośpieszcie się! 

Okazuje się, że jest full house. Wszyscy rodzą dzisiaj i jedyna wolna sala porodowa jeszcze jest sprzątana. Pytają też skąd jestem, jak będzie się nazywać maluch i jak długo mieszkam w Portugalii. Gadka szmatka innymi słowy. Zupełnie nie dla mnie w tamtej chwili. Lekarka przynosi papiery do podpisania i coś tam burczy, a pani pomocnica idzie po Nuno. Podpisujemy zgody różne, sadzają mnie na fotel na kółkach i jedziemy na porodówkę (nareszcie!). 
Jedziemy windą, potem czekam pod drzwiami na to, aż skończą sprzątać salę dla nas. Uwijają się jak nie wiem, więc szybko mnie tam dają i poznaję moją położną. Młoda dziewczyna, może nawet młodsza niż ja. Daje mi koszulę do przebrania się (cudo szyku i stylu, z tych zawiązywanych z tylu na sznureczki) i zaraz przychodzi Nuno. Jest chyba około 22h. 

Dobra, to proszę teraz na łóżko,

podepniemy panią do KTG. Na co we mnie od razu rośnie sprzeciw, bo tak byłam podpięta w czasie pierwszego porodu i potem nie dali mi się ruszyć z łóżka. No, ale położna zapewnia, że do końca mogę łazić ile chcę. Ok. To wspinam się na łóżko, kładę na plecy. Położna zapina pasy, pielęgniarka zakłada wenflon (na wszelki wypadek). Po czym położna mówi, że jeszcze zrobić wypadałoby lewatywę. Kiwam głową, że jasne, czemu nie. W tym momencie dopada mnie kolejny skurcz, więc przekręcam się na kolana i przytulam mocno do stojącego obok łóżka Nuno. Jak tylko skurcz mija to podpieram się łokciami i tak już zostaję, na czworaka,. Od tego momentu Nuno zaczyna mi masować plecy, naciskać na miednicę,

no nie wiem dokładnie co on tam robił, ale cudowne to było.

Do końca stał tam i uciskał, i wspaniale mi to pomagało. Zaraz potem położna podaje mi piłkę, żebym mogła się na niej oprzeć, ale następny skurcz przychodzi szybko i od razu wiem, że nie chcę żadnej piłki. Położna podpytuje kilka razy w jakiej pozycji chcę rodzić, ale ja niezbyt mogę odpowiedzieć, więc zakładam, że jeśli zostanę jak jestem to chyba załapie, że to ta pozycja  
Kątem oka widzę, że jacyś nowi ludzie się kręcą po sali, jeszcze jedna położna, jakiś facet (potem się okazało, że to szef oddziału), ale ponieważ jestem już w labourland, to w ogóle mnie to nie obchodzi. Skurcze są super silne i wcale nie zwalniają, i po chwili położna mówi, że jeśli chcę to mogę już przeć.

Jak to? Już? Dopiero co tu przyszłam!

Słyszę w międzyczasie komentarz od położnej, że widzi wszystko do góry nogami, i że nie jest przyzwyczajona  W czasie kolejnego skurczu mimo to, że upside down przebija worek płodowy, a ja zaczynam przeć. I tu trochę się podarłam chyba po bandzie, bo przyszła jakaś nowa pani poprosić mnie, bardzo uprzejmie, żebym ściszyła volume, bo wystraszam inne panie rodzące . I dodaje, że jeśli się przytkam i bardziej skupię na parciu to pójdzie lepiej. Nuno mi do ucha mówi, żebym olała, ale ja myślę sobie dobra, zobaczmy. I niestety, ale chyba miała rację, bo zacisnęłam zęby i po chwili Irenka już była na świecie. Położna pyta czy się chcę odwrócić żeby zobaczyć córkę, więc przekręcam się na plecy i dostaję ją od razu.

Jest mikroskopijna i cudna. A godzina jest 23:10

Rodzi się łożysko, a położna pyta, czy tata chce przeciąć pępowinę (nie chce). A czy mama chce (nie chce). – tak wszystko naturalnie,a pępowiny nie chcą przeciąć . No no no. I powstaje pytanie, czy szyć tę panią, czy nie. Bo się okazuje, że Irenka szła na świat z ręką przy buzi i trochę pękłam i położna nie jest pewna czy warto szyć czy nie. Ostatecznie zapada decyzja, żeby szyć, od razu proszę o znieczulenie, które dostaję i położna się bierze za szycie, a my z Nuno gapimy się na Irkę. Wpada jeszcze na chwilę pielęgniarka z dołu (ta gadatliwa, z mnóstwem pytań). Gratuluje mi szybkiego porodu. Przychodzi też pani doktor z dołu, głównie chyba po to żeby mnie pouczyć jak mam trzymać nogi w czasie szycia. No nie lubię tej babki! 

Pielęgniarka bierze malutka na szybkie ważenie, ale tylko ważenie i od razu oddaje, waga pokazała 2590 gramów.

Tylko o 190 gramów więcej niż Gucio…

W międzyczasie podchodzi szef oddziału i coś do mnie gada, z czego ja rejestruje tylko, że jego zdaniem nie potrzebowałabym szwów, gdybym rodziła na leżąco. Odpowiadam na to, że co innego mówią książki. A pan doktor, że te książki to piszą doule i psychologowie Uśmiecham się i kiwam głową, położne też  gdy pan ordynator wychodzi położna uśmiecha się do mnie i mówi, żebym się nie przejmowała, i że dobrze zrobiłam pisząc w planie porodu o tym, że chciałabym by poród odbierała położna, a nie lekarz.
Zaraz po szyciu jedziemy na salę obserwacji gdzie leżymy jakieś 1,5 godziny. Nuno jedzie do Gucia, a Irenkę biorą na pomiary. Oddają mi ją po chwili i jedziemy do pokoju, gdzie zostajemy do 1 stycznia.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Ewa Cetera logo

Odwiedź mnie na:

Ewa Cetera ikona

Odwiedź mnie na:

Copyright by Ewa Cetera. Wszelkie prawa zastrzeżone.