Historie PorodowePoród naturalnyNasze czwarte szczęście

https://ewacetera.pl/wp-content/uploads/2018/01/baby-2047595_1920.jpg

Czekaliśmy z radością na czwarte dziecko, drugą córkę.

Córeczkę, córunię, dziewczyneczkę, dla której wybraliśmy imię Marianna. W brzuchu zachowywała się jak motylek, delikatnie się przeciągając i kręcąc główką, a nie rozpychając energicznie jak jej starsze rodzeństwo. Ciąża do pewnego momentu bezproblemowa, jak zwykle czułam się super. Niestety, po raz pierwszy przyplątała mi się cukrzyca ciążowa, co ogromnie skomplikowało mi życie i marzenia o w miarę naturalnym porodzie.
W dzień poziom cukrów, dzięki utrzymywanej diecie, był bardzo dobry, lecz łatwe do wykonania to nie było, bo jestem wegetarianką. Pod koniec ciąży w nocy cukry nie spadały i około miesiąca, może ciut dłużej, brałam na noc insulinę. Miałam ambiwalentne uczucia – w związku z dietą i insuliną chciałam już córeczkę urodzić, z drugiej strony bałam się zapowiedzianej przez ginekologów indukcji. Termin wyznaczonej indukcji się zbliżał, oznak porodu nie było, ale ze względu na dobre wyniki KTG i usg udało mi się przeciągnąć odłożenie o tydzień. Niestety, nadal nic w temacie porodu się nie działo, a w nocy zaczął mi cukier spadać, co było sygnałem starzenia się łożyska, więc przyjęto mnie we środę do szpitala.

I tu o moich przemyśleniach dotyczących poprzednich porodów.

Pierwszy poród był ze znieczuleniem, przez co miałam wrażenie, że zupełnie nie mam wpływu na swoje ciało.
Drugi, aż do skurczów partych, przez brak miejsc przestałam i przechodziłam na korytarzu porodówki, dzięki czemu zrozumiałam, jak istotny jest ruch podczas porodu. Za to ogólnie zachowanie i postępowanie personelu było fatalne, a cały czas spędzony w szpitalu odczuwałam jako wielką traumę.
Trzeci poród z oksytocyną, indukowany na szybko przez przedwczesne pęknięcie pęcherza płodowego i narastające parametry zakażenia też niestety nie był taki jak bym sobie życzyła, choć i tak najlepszy – bo już dużo wiedziałam o sobie samej. Co prawda podpięta do kroplówki, ale poza tym mogłam robić co chcę, a położne były przyjazne i respektujące moje prośby – co w zasadzie było dla mnie nowością.

Wybrałam ponownie ten sam szpital,

więc również spodziewałam się, że mimo konieczności stosowania różnych procedur medycznych, będę traktowana podmiotowo i z szacunkiem. I tak rzeczywiście było. W czwartek miałam indukcję porodu (oksytocyną), pojawiły się skurcze, które były obiecujące, ale ostatecznie ustały po odłączeniu kroplówki. Lekarz nie chciał zbytnio podkręcać ilości oksytocyny, zaproponował  mi przebicie pęcherza, czego nie chciałam, a ponieważ KTG było wzorcowe, zadecydowano o pozostawieniu mnie w spokoju do soboty.
Po tej pierwszej nieudanej indukcji miałam myśl, że nieważne, czy uda się kolejna, czy nie – dobrze, że jesteśmy w szpitalu pod kontrolą. Ale z tyłu głowy miałam, że rodzina z mężem na czele znów w razie niepowodzenia musiałaby być w trybie stand by nie wiadomo do kiedy, i strasznie jednak mi zależy, żeby się kolejnym razem udało.

Do soboty leżałam na przedporodowej sali, ciągle zmieniały mi się współlokatorki, czekające na zwolnienie sali na właściwej porodówce, za ścianą słyszałam odgłosy kolejnych porodów, pojawiały się nowe twarze położnych na kolejnych zmianach. A ja czekałam na sobotę,

mając nadzieję że tym razem się uda.

Kolejne godziny mijały jak obrazki w kalejdoskopie, mąż obmyślał logistykę na wszelkie scenariusze, zaczynałam być zdenerwowana sytuacją i tylko moja nienarodzona córeczka wydawała się być spokojna w całym tym rozgardiaszu. Postanowiłam sobie wizualizować skurcze jako fale, co mi przybliżają urodzenie córeczki, jako łódeczkę płynąca do celu. Ale że jak sobie wyobraziłam fale i morze, to celem musiała być wyspa. Potem porzuciłam myśl o wyspie, w końcu zdarzają się jakieś rafy czy prądy wsteczne, to by mnie zbyt rozpraszało, dopłynie ta łódka czy nie? Wpadłam na inny pomysł, że sobie wizualizować tą łódkę na rzece z zakrętami. Tu drzewo na brzegu, tu  łąka, krówka się pasie, ważki latają, a prąd pcha tą moją łódkę w dobra stronę.

Tak, to było to.

W związku z tym zgrałam sobie płytę Lykke Li  „Wounded rhymes”, między innymi z piosenką o bardzo pasującym tytule „I follow Rivers”. Dla dopełnienia różnych muzycznych zachcianek miałam również symfoniczną Metallikę, i Handla „Water Music” – jednak do tej wody to mnie coś ciągnęło! Nadeszła sobota, oksytocyna podłączona, gra Lykke Li w słuchawkach, i… nic. Kompletnie nic, żadnego skurczu po godzinie, po dwóch, po trzech. Totalne zero. Mąż porozwoził starsze dzieci po zajęciach, przyjechał, posiedział i pogłaskał mnie po głowie, ale mówię, żeby wracał, bo za chwilę będzie sześć godzin indukcji i pewnie znów mnie odeślą.

Faktycznie, za chwilę przyszła położna z lekarzem dyżurnym, mówię im, że się nic nie dzieje. Jak poprzednio, nie chcę przebijania pęcherza i wolę poczekać jeszcze dwa dni niż coś forsować na siłę. Ok, zgodzili się i nawet nie chcieli badać, odłączyli oksytocynę i położyli mnie na ostatni zapis KTG. Mąż pojechał. Byłam bardzo zawiedziona, ale leżę grzecznie, mała coś tam się rusza – niesamowicie mnie koił miarowy rytm jej serduszka, skurczy oczywiście nie ma. Nagle czuję, że mi się trochę mokro robi, a za chwilę z hukiem pękł mi pęcherz płodowy, ale tak wielkim, że aż się przeraziłam – to może być aż tak głośny dźwięk?!

Wody odpłynęły spektakularnie.

No i teraz zdenerwowałam się już ostatecznie, bo jak akcja nie ruszy to co, cięcie? Ożeż… Tego strasznie nie chciałam. Opcji cięcia to nawet nie brałam pod uwagę od samego początku, co głosiłam wszem i wobec, ktokolwiek mnie o to pytał. Natomiast chwilę później już nie miałam wątpliwości, jaki jest rozwój sytuacji. Jak mnie sieknęło skurczem, to myślę sobie: uuu, to jest TO, wsiadamy do łódeczki.

Zanim wróciła położna i odłączyła KTG, skurcze już były regularne co 4-5 min, ale krótkie. Położna stwierdziła, że mnie badać na razie nie będzie, ani podłączać znów oksytocyny, mam iść pod prysznic, i zobaczymy za pół godziny, jak ustabilizuje się sytuacja. Bo jak mają być skurcze porodowe, to je woda wzmoże, a jak nie to wygasi. Ok, zadzwoniłam męża, że jednak ma przyjechać, ale bez pośpiechu, bo nie wiadomo co dalej.

Weszłam pod prysznic, skurcze są i wcale nie mniejsze!

Włączyłam sobie muzykę i zatopiłam zupełnie w magicznych perkusjach Lykke. Miałam pod prysznicem małą piłkę do siedzenia, fajny patent, bo bez skurczu kołysałam się na niej, w skurczu wolałam stać i polewać wodą. Zapodałam w głowie wizualizację rzeki, pod prysznicem mi woda szumi, więc jak znalazł. Komórka była dalej, spod prysznica nie widziałam zegarka, liczyłam sobie sekundy i wyszło mi, że skurcze co 2-3 min już, ale nie mega długie, za to dość mocne. Łódka płynie, woda leci – aż miałam myśl o nieekologiczności długiego porodu w aspekcie marnowania wody – które to przy kolejnych skurczach porzuciłam bez żalu.

W międzyczasie przyjechał mąż, gadaliśmy sobie z krótkimi przerwami na skurcze, aż mąż mi mówi, że patrzy na zegarek, i ja mu coraz dłużej nie odpowiadam.

Może bym jednak wyszła spod tego prysznica?

Zmieniła się obsada położnych, przyszła kolejna położna się przedstawić, wzięła poczytać plan porodu, a ja dość niechętnie wyszłam, bo mi naprawdę się nie chciało, tak mi z tą woda dobrze było.

Co do planu porodu, to napisałam, że chcę maksymalnie dużo czasu spędzić w pionie, drugi okres na klęczkach, z ochroną krocza bez nacięcia, po porodzie proszę o nieodśluzowywanie dziecka i godzinę z nim na przytulanie przy zgaszonym świetle. Położna jak najbardziej się zastosowała do części pierwszej, pokazała jak wydychać powietrze na końcu skurczu, żeby się główka wstawiała i poszła.

Gdy tylko wyszła, przerwy pomiędzy zrobiły się krrrrótkie a skurcze dłuuugie. Ale stałam sobie, w skurczu na ugiętych nogach w pozie baletnicy numer dwa (he he potem się zastanawiałam, skąd ja mam zakwasy w łydkach) i generalnie, mimo już sporego bólu, było super.

Czułam, jak głowa w tych skurczach i kucaniach schodzi niżej.

Jak dla mnie mogłoby już tak zostać, ale trudno rodzić całkiem na stojaka, a w dodatku wizualizacja rzeki przestała działać, i położna namówiła mnie na łóżko. Mąż pomagał przyjąć optymalną pozycję na ostateczne wstawianie się główki, bo bym sama nie dała rady, strasznie mnie już bolało. Po kilku minutach poczułam skurcze parte, mogłam się odwrócić na kolana – jaka ulga w porównaniu z pozycją na wznak! Kilka skurczów partych, głowa się rodzi, ja w euforii i nagle słyszę jak położna nerwowo zaczyna krzyczeć „nie przyj, musisz się położyć na plecy!” .

O nie, jęczę że nie chcę, nie taka umowa była.

Ona nie prosi, krzyczy do mnie „szybko na plecy, dziecko jest okręcone pępowiną!”, woła  głośno, żeby pediatria przebiegła. Dobry Boże, tak mnie tym dramatycznym tonem głosu przeraziła, że jakby mi kazała na głowie stanąć, to bym stanęła. Strasznie trudno było nie przeć w skurczu, ale dałam radę, skoro położna nie pozwoliła. Próbowała chyba coś luzować dziecku przy szyi, a potem z kolei zaczęła krzyczeć, żebym parła jak najmocniej, bo muszę natychmiast urodzić. Pediatra z pielęgniarką zjawiły się w dziesięć sekund, mąż miał minę jakby ducha zobaczył. Ja nic nie widzę między nogami, bo tam tłum pochylonych głów stoi, ale skoro mam przeć, to daję z siebie wszystko.

I bach, moja córeczka wyskoczyła,

chwila ogromnie nerwowej ciszy i pochylony tłum wyprostował się już z uśmiechem na twarzach. Z ulgą zrozumiałam, że wszystko jest w porządku. Dostałam córeczkę na brzuch, poryczałam się oczywiście ze szczęścia. Taaaka mała buzieńka, drobniutka główka, chude plecki i dupinka – wyglądała jak laleczka, tylko nogi miała długie. To nasza Marianeczka, taka cudna, taka wyczekana, witaj skarbie na świecie!

Pediatra przeprosiła (!!!), że ją musi zabrać, ale w związku z tą okręconą pępowiną musi malutką zbadać. Zrobiła to sprawnie, i znów dostałam córeczkę w ramiona. Poród łożyska już z nią, przy zgaszonym świetle, w ciszy. Mąż nas przytulał, położna zapaliła światło tylko na kontrolę łożyska i krocza. Marianka wtedy otworzyła oczy i bardzo wolno rozglądała się dookoła. Dokładnie tak, jak czułam ją w brzuchu! Ogromna radość, czułość, wdzięczność i wszelkie emocje totalnie mną owładnęły, straciłam poczucie czasu.
Przez chwile we wszechświecie byliśmy tylko my i nasza córeczka. Pomodliliśmy się z mężem, siedzieliśmy trzymając się za ręce, kapały nam łzy wzruszenia. Karmiłam małą, pięknie ssała, była cichutko i patrzyła na nas, a my na nią. Nigdy tego nie zapomnę, to był najpiękniejszy mój poród! Dzięki moim poprzednim doświadczeniom, dzięki mężowi, i dzięki  personelowi szpitala, który mimo chwilowej dramatycznej akcji uszanował moje wszelkie inne prośby. Mimo czwartego porodu dopiero pierwszy raz poczułam, że było prawie dokładnie jak chciałam, mogłam poddać się rytmowi mojego ciała, jednocześnie mając nad nim kontrolę. Byłam łódeczką, ale byłam też rzeką! To niesamowite doświadczenie, może będzie mi dane przeżyć je raz jeszcze?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Ewa Cetera logo

Odwiedź mnie na:

Ewa Cetera ikona

Odwiedź mnie na:

Copyright by Ewa Cetera. Wszelkie prawa zastrzeżone.