Historie PorodowePoród naturalnyJak nasz syn się pojawił

https://ewacetera.pl/wp-content/uploads/2017/12/parents-406323_1920.jpg

Zacznę od pierwszej ciąży dla tła. Mój pierwszy poród był wywoływany, „po terminie” chociaż wiedziałam, że córa poczęta była kilka dni później niż teoretyczne wyliczenia kółeczka Pani ginekolog, oksytocyna podana po przyjęciu do szpitala z powodu małowodzia. Żadnego skurczu wcześniej, żadnych akcji z czopem śluzowym, żadnych przepowiadających. A po oksy pamiętam tylko mega bolesne skurcze przez kilka godzin, szyjka zamknięta, przebicie pęcherza i potem poszło już szybko i parte były dla mnie, zadaniowca, czymś, co dało mi satysfakcję. I dlatego bardzo chciałam tym razem poczuć to, czego nie pozwolono mi doświadczyć wtedy – jak to jest, jak się poród sam zaczyna, jak natura sama zadziała, kiedy moje dziecko będzie gotowe. 

Ta ciąża była po wcześniejszych przejściach, na heparynie, ze stwierdzoną insulinoopornością, pewnymi mutacjami wykrytymi u mnie po 3 wcześniejszych stratach. Leki, dieta.

Czułam się fantastycznie.

Pracowałam, realizowałam się zawodowo, miałam ochotę wyglądać atrakcyjnie i normalnie funkcjonować (poprzednia ciąża cała w domu, na początku leżenie z powodu dużego krwiaka).

I wszystko było dobrze. W 30 tygodniu  na usg usłyszeliśmy, że nasz syn ma prawdopodobnie wadliwą budowę nóżek, co leczyć można ortopedycznie po urodzeniu. Liczyliśmy na błędną ocenę, ale potoczyła się lawina kolejnych usg, spotkanie z genetykiem, poradnia wad płodu i wszyscy widzieli wadę. Przepłakałam 2 dni, a potem zebrałam się i zaczęłam szukać, czytać. Trafiłam na wspaniałych ludzi, którzy znali problem i nastawiłam się na zdobywanie wiedzy, żeby wiedzieć jak pomóc naszemu synkowi, jak już będzie z nami po porodzie. Byłam gotowa. 

Termin porodu miałam na 19 kwietnia, tym razem wiedziałam, że mamy przesunięcie w lepszą stronę i mamy jakieś 3-4 dni w zapasie i usg też wskazywały na 16 kwietnia. I fajnie, i nie –Święta Wielkanocne, okrojony personel,

atmosfera świąt żadna pomiędzy białymi fartuchami…

Prowadząca ciążę stwierdziła, że do 19-tego muszę urodzić, w przeciwnym razie wywoływanie. Więc już był stres. Potem trafiłam od 36 tyg na KTG w związku z obciążeniami, i tam na pierwszej konsultacji usłyszałam, że będę musiała się położyć  12-tego na patologię i ten ostatni tydzień już  będę w szpitalu. To było 27 marca. I miałam poczucie, że znowu nie mam nic do powiedzenia, ale wiedziałam że nie zaryzykuję wiedząc, że jednak jest jakieś ryzyko. Dodatkowo ginekolog chciała mnie zbadać i bez pytania o zgodę prawdopodobnie wykonała masaż szyjki. Tak bolesnego badania nie miałam nigdy i przeszło mi przez głowę, że wolę ból porodowy. Opisano, że szyjka przepuszcza opuszkę palca, 2 cm i dość miękka. Następnego dnia, wtorek, wizyta u mojej prowadzącej. Rozwarcie na 2 cm, szyjka mięciutka, skierowana już w stronę kanału rodnego, gotowa. To była super informacja – poprzedni poród się dłużył, bo szyjka była totalnie niegotowa. Zadzwoniłam ucieszona do swojej położnej (tej samej, z którą rodziłam córę),

usłyszałam entuzjazm w jej głosie,

bo zerknęła w kartę z opisem z dnia poprzedniego, no i szyjka nie była taka idealna.  

W środę miałam jakiś lekko podbarwiony śluz i stwierdziłam, że to po badaniu.  

Sobota – cudny dzień z mężem i córą i naszym przyjacielem i jego córeczką. Ale w trakcie zaczął mi odchodzić dość spektakularnie czop śluzowy (wow, objaw zwiastujący numer jeden). Jak wyszliśmy do kawiarni powygrzewać się na leżaczkach złapałam jakiś lęk, że to może być już.

Od poniedziałku miała przyjechać moja mama, bo najbardziej bałam się że zacznie się w nocy i będziemy mieli problem z opieką do córki, a wiedząc że i tak poród ma być do 19 kwietnia, to jeden tydzień miała obstawiać moja mama, drugi – teściowa.  Ustalone było wszystko z przyjaciółmi na wypadek, gdyby jednak poród się zaczął przed poniedziałkowym popołudniem, ale lęk był ciągle, bo wiedziałam że każda minuta może być na wagę złota i że musimy szybko jechać do szpitala ze względu na mój dodatni GBS i konieczność podania antybiotyku.

Ale nie podziało się nic.

W poniedziałek przyjechała mama więc poczułam spokój, że dziecko mamy zaopiekowane w razie czego, bez konieczności przetransportowywania jej do kogokolwiek.  

Wszystkie skurcze Braxtona-Hicksa, które wcześniej bywały dość intensywne  (co cieszyło mnie bardzo, bo w poprzedniej brzuch twardniał, ale nie czułam tego wcale ) niestety wyciszyły się totalnie.  

Z czwartku na piątek miałam skurcze, które nagle się pojawiły późnym wieczorem, dość regularne trwające około minuty lub półtorej. Myślę – „zaczęło się”. Mężowi kazałam się szybko kłaść spać, a sama wskoczyłam do wanny. No i wszystko się wyciszyło.

I znowu cisza cały piątek, sobotę.

W sobotę z mężem poszliśmy na dłuższy spacer we dwójkę, pozachwycaliśmy się zieleniejącym lasem, kwitnącymi drzewami. Ale cisza ciągle. W niedzielę (9 kwietnia) wyszłam z mamą i córeczką, mąż miał do nas dołączyć. Spacerek znowu dłuższy, córa w pewnym momencie chciała jechać gdzieś hen, a ja poczułam, że chcę w stronę domu bardziej się kierować. Po jakiejś  godzinie dołączył do nas mąż i wszyscy zaczęliśmy powoli kierować się do domu, ale córa znowu napierała że chce jeszcze jeździć, więc się rozdzieliliśmy – Karol jeszcze przejął cyklistkę, a ja z mamą stwierdziłam, że idę robić obiadek.  

Doszłyśmy do domu jakoś  po 13-tej. Zjadłam zupę, wyrabiałam ciasto na bułki do burgerów, uformowałam kotleciki  i nagle poczułam, usłyszałam pęknięcie i ciepły płyn (14:31). Uśmiech, że:

  • zaczęło się samo,
  • zaczęło się przed 12-tym i nie będę na patologii,
  • i już niedługo nasz syn będzie się przytulał z nami.

Mama szybko zadzwoniła do Karola i kazała biegiem wracać, bo się zaczęło. Ja zadzwoniłam do Agi – położnej z pytaniem, czy jest pod ręką, bo zaczęło się. I usłyszałam, że no właśnie nie bardzo, ale w takim razie pakuje się  i wraca tak szybko jak się da (a była kilkadziesiąt kilometrów dalej). Skoro nie ma skurczów, to spokojnie mamy jechać do szpitala, żeby podali antybiotyk, mamy 6 godzin do ewentualnego podania oksytocyny, miała zadzwonić i sprawdzić sytuację w szpitalu. Na spokojnie biorę prysznic, proszę mamę o jedzenie, wody wyciekają cały czas. Torby były już w samochodzie od środy, kiedy jechałam na kontrolne KTG. Męża cały czas nie było. Aga oddzwoniła, żebyśmy jechali przed 16-tą, bo wtedy powinna się zwolnić porodówka.   

Karol wpadł ze zziajaną Leną,

z rowerkiem pod pachą. Jak odebrali telefon byli spory kawałek od domu. Rzucił hasło, że mamie odeszły wody płodowe, na co Lena krzyknęła „Nareszcie, nadszedł ten dzień kiedy urodzi się mój braciszek, biegnijmy”. I rzeczywiście przebiegła na maksymalnych obrotach całą trasę. 

Ja akurat zdążyłam się ubrać i kończyłam jedzenie. Kanapki i wodę wrzuciłam jeszcze na podróż. Mąż szybko się przebrał i 15:07 w samych drzwiach, pierwszy i całkiem solidny skurcz.

W samochodzie miałam kolejne co 10 minut, a jak wysiadaliśmy kolejny już nadszedł szybciej. W samochodzie starałam się w trakcie skurczu przenieść na

piękną plażę w Wenezueli

z naszej najwspanialszej wyprawy, którą często wizualizuję sobie tak w ogóle, żeby się zrelaksować.  

Mąż wystawił torby i mnie w pobliżu szpitala, i pojechał szukać miejsca parkingowego. Ja na walizkach oparta miałam kolejny skurcz i kolejny. Jacyś ludzie podchodzili zapytać, czy mi pomóc  a ja starałam się z uśmiechem wydusić, że dziękuję, ale mąż już za moment będzie. W szpitalu na nas czekali, błagałam, żeby szybko dali mi antybiotyk, ale najpierw badanie – 2 cm rozwarcia, co wydawało mi się niewiarygodne. Agi nie było jeszcze, wezwali z dyżuru inną położną (którą kojarzyłam z wielu edukacyjnych filmów na jakimś ciążowo-mamowym kanale, więc poczułam jakbym ją znała). Przeszliśmy do windy około 16-tej. Już jak przez mgłę wdziałam, że właśnie wpadła do windy też Aga i jechała się przebrać. Magda szybko założyła wenflon i podała mi antybiotyk między skurczami, które już od jakiegoś czasu były częściej niż co 2 min. Rozbierali mnie z moją minimalną inicjatywą, a ja czułam, że główka napiera.

Patrzyłam na Karola i widziałam taki spokój,

prosiłam żeby mi wachlował czymś przy twarzy dmuchał pod grzywkę, bo czułam że było mi strasznie gorąco. Aga dołączyła do nas jakoś parę minut po 16-tej. Usłyszałam, żeby mąż  przygotował pieluchy a ja ciągle nie mogłam uwierzyć – przecież dopiero wyszliśmy z domu, dopiero weszliśmy tu na salę. Na pomarańczową – tę samą, w której rodziła się Lenka. Chciałam rodzić wertykalnie, więc z pozycji przy łóżku wskoczyłam na łóżko, które miało podniesione oparcie i rodziłam klęcząc pochylona i oparta o to łóżko. Nagle zaczęłam krzyczeć, że muszą mi trochę obniżyć to oparcie, bo czułam że mięśnie ud były już tak napięte, że zaczęły drżeć i nie kontrolowałam ich. Po tej zmianie czułam że głowa Janka już jest na pewno na końcówce, potem prośba Agi o wokalizację, i po kolejnym moim takim kontrolowanym i spokojnym oddechu, głos Janeczka. Kolejny skurcz, może dwa, nie pamiętam, i między nogami podała mi naszego synka (16:31).

Tulenie. Tulenie.  

Czekaliśmy dłuższą  chwilę na odcięcie pępowiny. W związku z możliwą wadą, chcieliśmy pobrać krew pępowinową, ale jednak zachowując możliwie jak najdłuższy czas od narodzin do pobrania, tak, aby jednak Janek dostał tej krwi jak najwięcej,  ryzykując, że może nie uda się pobrać materiału. Udało się wszystko jak chcieliśmy. 

No i po chwili przyszedł czas na obejrzenie nóżek. Aga popatrzyła na nas z uśmiechem, że wszystko wygląda ok. Poryczałam się, jak je zobaczyłam i okazało się, że najwyraźniej Młody po prostu przygiął stopę u mnie w brzuchu w tak niefortunny sposób. Stopy zdrowe, piękne i wycałowane.  

Potem mieliśmy już tylko przytulasy, karmienie. Zostaliśmy we trójkę na prawie 3 godziny. Cudowny czas – szczęście, radość, wzruszenie, bliskość. 

Od odejścia wód płodowych równiutkie 2 godziny, od skurczu mniej niż półtorej, na Sali porodowej mniej niż 30 minut. Poród był cudowny, świadomy, czułam wszystko co się działo, wybijało mnie tylko z rytmu myślenie „jak to możliwe, że tak szybko?!?”  

Samo szczęście, które trwa. 

Aga, mama dwójki dzieci.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Ewa Cetera logo

Odwiedź mnie na:

Ewa Cetera ikona

Odwiedź mnie na:

Copyright by Ewa Cetera. Wszelkie prawa zastrzeżone.