Historie PorodowePoród naturalnyO dobrym porodzie w Domu Narodzin

https://ewacetera.pl/wp-content/uploads/2017/11/bed-2453298_1920-1.jpg

To było piękne lato. Siedziałam na plaży nad rzeką, dzieci bawiły się w ciepłej, płytkiej wodzie, chlapiąc mnie lub wołając od czasu do czasu dość umiarkowanie, bym spojrzała jak nurkują i łowią kijanki, a ja na kocu, na miękkim piasku w popołudniowym słońcu, czytałam książkę o naturalnych porodach. Albo książkę o położnych. Albo o wychowywaniu dzieci w różnych częściach świata. Albo siedziałam na plaży nie nad rzeką, tylko na trawie w cieniu sosen przy fontannach, obok lokalnego domu kultury. Albo na leżaku w ośrodku nad Bałtykiem, albo nie na leżaku, tylko na kanapie na tarasie przy naszym domu pod lasem. Pamiętam skupienie i przyjemność tego czytania, przerywane ruchami dziecka i świadomość, jaka we mnie rosła.

Miałam dobrą ciążę.

Aktywną przez większość czasu, z mniej dokuczliwymi objawami niż w poprzednich. Zadbaną – bo i czas, i nasza sytuacja wreszcie na to pozwalały. Ćwiczyłam, masowałam się, prowadziłam ją u dobrej, ciepłej lekarki. Z dużą samoświadomością, spokojnie i w moim tempie.

Córeczka zaczęła rodzić się rano, w ciepły, słoneczny dzień. Tego dnia miałam zupełnie praktyczne plany – to był dzień na porządki, przychodziła nasza pani do pomocy w domu. O siódmej otworzyłam drzwi i zostawiłam dół do wyłącznej dyspozycji pani Agnieszki. Był piątek, więc mąż wybierał się do pracy, niespiesznie, bo sierpień jest sezonem ogórkowym. Wróciłam więc do sypialni położyć się jeszcze na moment, korzystając z zapachu poranka przy sosnowym lesie, wpadającego przez otwarte okno. Poczułam lekkie skurcze, mało dokuczliwe i krótkie.

„Ooo, chyba się szykujesz”,

pomyślałam. Trochę poczytałam, trochę pomyślałam, w końcu uznałam, że czas wstawać – słyszałam już odgłosy z pokoju dziewczynek. No i czas na śniadanie. W domu była dwójka młodszych dzieci, bawiących się w małą gastronomię i szykującą dla mnie za jednym zamachem śniadanie, podwieczorek, obiad i herbatkę z koleżankami. Między cząstkami porannej krzątaniny docierały do mnie skurcze, jednak nijak nie mogłam ich rozgryźć. Napływały delikatnie, jak bóle miesiączkowe, na krótko i nieregularnie. Dawały wszelką nadzieję, że zaraz się rozejdą – ale się nie rozchodziły. Tymczasem mąż pojechał do pracy. W końcu doszłam do wniosku, że trzeba coś z tym zrobić. Dziewczynki poszły z wizytą do córek sąsiadów, a ja wzięłam piłkę do ćwiczeń, usiadłam na niej w słońcu na tarasie i grzejąc się i kiwając lekko na boki liczyłam, jak często i na jak długo się pojawiają. Skurcze były krótkie, kilkunastosekundowe, i napływały jak chciały. Pierwszy raz nie wiedziałam:

czy to poród, czy nie poród

– ale pragmatyzm zmusił mnie do kontaktu z położną, w końcu potrzebowałam z półtorej godziny by wezwać męża z pracy i dotrzeć z zaopiekowanymi na ten czas córkami do Domu Narodzin w centrum Warszawy.

Kasia powiedziała przez telefon, że „takie skurcze to nie skurcze”, ale po wysłuchaniu moich wątpliwości ustaliłyśmy, że czekamy jeszcze godzinę – do południa – i zobaczymy czy nie warto się spotkać, by ocenić sytuację. Zatem przez następną godzinę poświęciłam się temu, co się dzieje z moim ciałem. Pomodliłam się do mojego Anioła Stróża i do Ducha Świętego o dobre poprowadzenie tego, co się działo. Powiedziałam córeczce, że jestem gotowa i jeśli ona też, to może się zacząć rodzić. Próbowałam się do niej uśmiechać w myślach i wyobrażać sobie, jak jest ułożona i jak stara się spychać w dół, ku wyjściu. Delektowałam się ciepłem słońca na twarzy, spokojnym szumem drzew, okrężnymi ruchami bioder na piłce.

Po godzinie widziałam, że skurcze są może nieco dłuższe, ale wciąż mało dokuczliwe i nieregularne. Jednak jest w nich tendencja wzrostowa. Kolejny telefon do Kasi i krótka rozmowa zostały zakończone decyzją, by za 2 godziny stawić się w szpitalu na ogląd sytuacji. Wezwałam męża, spakowałam torbę dla córek na wypadek, gdyby miały zostać na noc u sąsiadów, odświeżyłam się, zrobiłam nam kanapki i powiadomiłam rodziców i przyjaciółkę, że chyba się zaczęło.

Wyruszyliśmy do szpitala.

Na miejsce dotarliśmy punkt czternasta. W izbie przyjęć czekała już na nas Kasia, zaprowadziła nas do pokoju badań. Okazało się, że dziecko jest bardzo nisko (to czułam dość wyraźnie), szyjka jest miękka ale rozwarcie wynosi zaledwie 1 cm. „To będzie dłuuuugi poród…”, pomyślałam. Kasia zapytała, czy chcemy dziś rodzić – zaskoczyło mnie to pytanie, nigdy nie dawano mi wyboru w podjęciu takiej decyzji. Nie wiedząc, czym się kierować spytałam, czy jest wolna sala w Domu Narodzin. Była – jedna. Odpowiedziałam więc, że zostajemy i rodzimy. Dopiero wtedy poczułam przypływ adrenaliny, uderzyła mnie świadomość, że to już. Kasia obiecała, że będziemy rozkręcać poród.

Przygotowywałam się na długa przeprawę.

Kasia poszła przygotować wszystko w sali – Paryżu, a ja usiadłam podłączona do ktg, z zadaniem popijania wody i zjedzenia czegoś energetycznego. Mąż uznał, że pójdzie zjeść obiad – słuszna decyzja zaradnego człowieka. Po zapisie, gdy czekaliśmy na Kasię, na Izbę wjechała kobieta na wózku, w trakcie porodu, sądząc po odgłosach gdzieś w okolicy 6-7 cm. Tuż za nią wpadła położna, prowadząc ją do gabinetu na badanie i rzucając w przelocie do położnych z Izby czy jest wolna sala w Domu Narodzin. „Aha”, pomyślałam, „to teraz ciekawe, którą z nas przyjmą…”. Odpowiedź była negatywna, a ja podziękowałam Bogu, że udało nam się spełnić to marzenie. Niestety, druga rodząca nie miała takiego szczęścia… Było po 15:00.

Paryż okazał się idealnym miejscem na poród.

Było tam wszystko, czego mogłam zapragnąć – łóżko nie wyglądające jak łóżko szpitalne, wanna do porodu, drabinki, piłka, kanapa, łazienka, świeczki, radio. Kasia nas wprowadziła, mogliśmy się rozgościć, po czym zaproponowała masaż brodawek. Mojemu mężowi. Na co oboje osłupieliśmy. Kasia wyszła informując, ze wróci za jakiś kwadrans, a my zabraliśmy się do dzieła. Jednak poczucie skrępowania tak instrumentalnym traktowaniem, tak intymnej dotychczas czynności, sprawił, że masaż był dość krótki – niemniej, skurcze zaczęły się nasilać. Usiadłam na piłce i próbowałam przyjąć jak najwygodniejszą pozycję. Jednak po kwadransie nie było mi już wygodnie i zaczęłam chodzić. Nie wiem jak mój mąż zniósł patrzenie na moje ósemki kręcone na kilkunastu metrach kwadratowych przez kolejne pół godziny. W czasie skurczy zawieszałam się na drabince, próbując rozluźnić mięśnie poniżej pasa. Kasia co jakiś czas wracała, sprawdzała postęp porodu, dawała rady odnośnie kroków czy pozycji w czasie skurczy, które wyraźnie się nasilały. O 16:00 były już dotkliwe – wykrzywiały mi twarz, ciężko było panować nad oddechem. Poczułam mdłości, zdecydowanie wchodziłam w etap, gdy biologia zaczyna mnie dominować. Nie miałam już ochoty na rozmowę pomiędzy skurczami,

chciałam ciszy.

Dość gwałtownie skurcze stały się bardzo silne, próbowałam wokalizować, ale z moich ust dobywały się raczej postękiwania i jęki. Niedługo potem zaczęłam czuć silny napór na krocze – ucisk i ciężar, wezwałam Kasię, która błyskawicznie przygotowała materac i pufę obok drabinek. Ułożyła mnie na boku na tej konstrukcji i powiedziała, że zaraz rodzimy. Złapałam się dłońmi szczebla za głową, przygotowując się na największy wysiłek, jaki mogę sobie wyobrazić.

Kasia, wraz z drugą położną, prowadziły mnie – i doprowadzały do porządku, gdy wstrzymywałam oddech po skurczu lub zbytnio napinałam mięśnie. Ból zaczął narastać i stał się nie do zniesienia. Nie wiedziałam już w pełni co się ze mną dzieje, nie mogłam zapanować nad sobą. Byłam na granicy, miałam poczucie rozrywania, wydawało mi się, że zaraz umrę albo ja, albo dziecko, że nie dam rady.

W czasie skurczy krzyczałam, z całych sił.

Potem zaczęłam krzyczeć do córki, by się pośpieszyła, zachęcałam ją do wysiłku, starałam się motywować ją, ale chyba bardziej siebie. Traciłam nadzieję, zaczęłam się bać, że coś jest nie tak, miałam poczucie braku kontroli. Jęczałam do Kasi, że już nie mogę, nie dam rady, poczułam załamanie. Obiektywnie nie trwało to długo, ale dla mnie było wiecznością. Kasia zapytała, czy mogę ukucnąć – biorąc pod uwagę, że nie mogłam nawet podciągnąć wyżej nogi, uznałam to za nierealne. Wtedy Kasia z drugą położną mnie spionizowały, dosłownie dźwigając mnie z pozycji półleżącej. Kolejny skurcz i moje parcie, potem drugi i poczułam główkę córeczki. Położne szybko mnie położyły na boku, a ja poczułam przypływ sił i nadzieję, że jest już blisko. Dotknięcie główki bardzo mnie zmotywowało do parcia i jeszcze większego wysiłku. Kolejny skurcz na pełnym napięciu, bezskuteczny, i jeszcze kolejny – i jest!

Urodziła się.

Bez krzyku, zupełnie cichutko – nie byłam tego nawet pewna, tak różne to było od tego, co znałam, aż Kasia powiedziała „Spójrz, kto tu jest”. Złapałam Małą z zachwytem, i niedowierzaniem, trochę przestraszona, że nie wydaje odgłosów, z ulgą, że już po, i spojrzeniem na męża. Przytuliłam ją do siebie, a ona podniosła na moment główkę i usnęła. Była 17:15. Położne zajęły się mną i pępowiną, którą ostatecznie przeciął mój mąż, a ja patrzyłam na córeczkę i dziękowałam położnym za to, co dla mnie zrobiły. Przenieśliśmy się na łóżko, Kasia nas otuliła i zostawiła na kolejne wspaniałe dwie godziny, samych, przy przygaszonym świetle, z gasnącym za oknem dniem i nadchodzącą ciszą wieczoru i nocy.

Mała zaczęła cmokać, najpierw nieśmiało, próbując i poznając moje brodawki. W końcu złapała jedną i ssąc, usnęła wtulona we mnie, ciało do ciała. Leżałyśmy tak, z moim mężem siedzącym obok, z którym rozmawialiśmy o poprzednich porodach, dzieciach, planach i tym, co się działo przez ostatnie godziny. To był wspaniały czas, pełen intymności, bliskości i miłości, który, mam nadzieję, zapamiętam na zawsze. Minęły już 2 miesiące, a to wciąż we mnie siedzi i dojrzewa, wciąż odkrywam kolejne aspekty tego wydarzenia, od duchowych, po cielesne. Zachwycam się nią. I mam poczucie pełni.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Ewa Cetera logo

Odwiedź mnie na:

Ewa Cetera ikona

Odwiedź mnie na:

Copyright by Ewa Cetera. Wszelkie prawa zastrzeżone.