Historie PorodoweNarodziny Róży – poród naturalny po cięciu cesarskim

https://ewacetera.pl/wp-content/uploads/2017/10/elf-2795273_1920.jpg

Długo zastanawiałam się jak zacząć, od czego.

Minęło już kilka miesięcy i jestem tak pochłonięta codziennością, że rzadko zdarza mi się wracać pamięcią do tego wyjątkowego dnia.

Mój poród rozpoczął się dość klasycznie, obudziły mnie tej nocy pojedyncze skurcze. Mimo, iż miewałam takie epizody już wcześniej, tym razem wiedziałam, że to już. Jako, że miałam w domu maluszka, plan mieliśmy opracowany już wcześniej. Z nianią, moją wspaniała koleżanką, byłam umówiona na telefon, czy to dzień czy noc. Z mamą również, choć ona miała do przebycia ponad 500 km i wiedziałam, że pierwszą pomocą będzie niania Marta.

Tego dnia mój mąż Rafał  został w domu. Zjedliśmy śniadanie po czym  pojechał z synkiem do Castoramy pozałatwiać jakieś sprawy, bo byliśmy jedną nogą w nowym mieszkaniu i bardzo nam zależało jak najszybciej się przenieść. ( I tak szczerze, miałam nadzieję, że Róża zechce urodzić się po przeprowadzce.) A ja wzięłam kąpiel i dopakowałam rzeczy. Skurcze były  już regularne i częste, ale krótkie.  Dlatego, że były takie krótkie, jakoś mi się z niczym nie spieszyło.

Miałam w sobie bardzo dużo spokoju.

Porozmawiałam z położną, mamą i puściłam wiadomość do najbliższych, że Rózia się szykuje.

O 12-tej była już niania i czekała ze mną na powrót R. i synka. Skurcze były dość intensywne, ale do wytrzymania. Spacerowałam bucząc przy skurczach, a synek ze mną. Buczał prawie identycznie. Widziałam, że jest zaciekawiony tym co się dzieje. Zaciekawiony i spokojny.

O 15-tej byliśmy umówieni z położną w szpitalu na badanie. Okazało się, że mam 5 cm rozwarcia. Niestety, nie mogła natychmiast pojechać z nami do szpitala w Oleśnicy ( tam planowaliśmy poród), bo miała dyżur i nie miała z kim się zamienić. Zapewniała, że o 18-tej będzie już z nami w szpitalu. Tylko musimy tam na nią zaczekać. Umowa była trochę inna. Bałam się takiego scenariusza. Z jednej strony nie chciałam jechać bez niej, a z drugiej nie chciałam rodzić we Wrocławiu z położną, której nie znam.

Przekalkulowaliśmy za i przeciw, i ruszyliśmy na Oleśnicę.

To było długie 40 minut.

Droga była zakorkowana. Siedziałam z tyłu, opierając  się o fotelik synka przechodziłam przez skurcze. Dopadł mnie po drodze głód, więc musieliśmy zrobić przystanek na stacji benzynowej.

Gdy dojechaliśmy, na miejscu miałam KTG i badanie. A około 17-tej trafiliśmy do pokoju narodzin. I tam…położna, z którą za nic nie chciałam rodzić. Wiedziałam, że tam będzie. Byłam na to przygotowana.  Ktoś musiał się mną zająć do przyjazdu Iwony. Nieprzyjemne komentarze dotyczące sukienki, skurczy. Choć je dzisiaj pamiętam, to pamiętam też, że na tamten czas, kompletnie mnie nie poruszało co mówi. Robiłam swoje. Byłam skoncentrowana na skurczach, na tym co się dzieje z moim ciałem. Wracałam w głowie do słów Ewy, że te skurcze pomagają przyjść mojej córce na świat. Czekałam na nie. Wyobrażałam sobie jak moja córeczka schodzi, jaki to dla niej wysiłek, że potrzebuje mojej pomocy. O mamo!

To było zupełnie inne przeżycie, niż mój pierwszy poród.

Czułam w sobie pewną moc, kobiecość, energię.  I choć ten ból fizycznie ze mną był, nadając mu pewne znaczenie odczuwałam go inaczej. Jak pewną siłę. Nie potrafię tego wytłumaczyć.

Po 18-tej przyjechała Iwona. I się okazało, że mam ciągle tylko 5 cm! Tyle godzin po jej badaniu! Nie mogłam w to uwierzyć. Zaczęła mnie motywować  do odpoczynku, zmiany pozycji. Czułam przypływ energii,  czułam jej wsparcie. Wody nie odchodziły. Błagałam, żeby przebiła pęcherz. Nie chciała. Mówiła, że to ryzykowne, ze względu na pierwsze cięcie cesarskie.

W końcu wody odeszły, totalnie zalewając Iwonę.

Poród zaczął rozkręcać  się na dobre. Iwona dowodziła, potrzebowałam tego, czułam się z nią bardzo bezpiecznie. A jednocześnie dawała mi odczuć, że to mój poród, że będzie jak chcę. Zaproponowała zmianę pozycji, oparłam się przedramionami na kolanach męża, a on podtrzymywał mnie pod pachami. To była ta pozycja! Czułam jak Rózia napiera, pcha się na świat. W ciągu godziny miałam pełne rozwarcie. Iwona była blisko. Nie chciała ingerować. Choć nożyczki były przygotowane. Mówiła, żebym parła instynktownie. Więc parłam.

I niespodziewanie Róża wyskoczyła na podłogę.

Nikt się tego nie spodziewał. Iwona wyskoczyła jak szalona. Złapała ją i podała mi na klatkę. Była taka cieplutka, malutka. Cudowna! Rafał tulił nas od tyłu. Zaraz urodziło się łożysko. A potem karmienie i tulenie.

Wszystko przyszło tak naturalnie. Mleko się lało. Przygaszone światło. I my we troje. To była niesamowita moc, kobieca siła. Nigdy nie doświadczyłam czegoś podobnego.

Jest  jeszcze jedna osoba, która miała ogromny wpływ na przebieg tego porodu – Ewa. Jej wsparcie, opowieści i pogaduchy dodały mi ogromnej siły, wiary w siebie, w mój poród i moją moc. I choć pewnie nie ma tego świadomości, była dla mnie cudowną duchową doulą. I czuje ogromną wdzięczność za jej otwartość i wsparcie.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Ewa Cetera logo

Odwiedź mnie na:

Ewa Cetera ikona

Odwiedź mnie na:

Copyright by Ewa Cetera. Wszelkie prawa zastrzeżone.