Historie PorodowePoród domowyPodążanie z nurtem – opowieść Niedźwiedzicy

https://ewacetera.pl/wp-content/uploads/2017/08/grizzly-bear-1058750_1920.jpg

Od samego początku wiedziałam, że chcę rodzić w domu.

Wiele z bliskich mi kobiet albo urodziło swoje dzieci w domu, albo przygotowywały się do tego, ale w ostatniej chwili coś stanęło im na przeszkodzie. Poród domowy wpisuje się całkowicie w mój i mojego męża światopogląd, dlatego ta decyzja była dla nas czymś oczywistym i naturalnym. Nie rozumiałam, dlaczego miałabym na czas porodu przenosić się do szpitala, który z założenia jest miejscem, gdzie leczy się choroby i ratuje się życie. Ciąża nie jest chorobą, a poród nie jest stanem zagrożenia życia. Wiedziałam, że o ile nie będzie przeciwwskazań, mój własny dom będzie dla mnie najlepszym miejscem, żeby rodzić – miejscem, gdzie czuję się bezpiecznie i swobodnie, gdzie otaczają mnie znane sprzęty i zapachy, gdzie to ja decyduję kto jest w moim otoczeniu.

Wiem, że każda kobieta posiada wiedzę o tym jak rodzić,

ta wiedza zapisana jest w ciele. Najlepszym miejscem na poród jest to, gdzie kobieta czuje się bezpiecznie i wie, że może pozwolić sobie na swobodne zachowanie, na podążanie za tym, co podpowiada jej intuicja. Dla niektórych kobiet najbezpieczniejszym miejscem jest szpital i ja to rozumiem, ale we mnie dostępność zaplecza medycznego nigdy nie wzbudzała poczucia bezpieczeństwa, a wręcz przeciwnie – przypuszczałam, że warunki panujące w szpitalu – nieznane otoczenie, brak intymności, wszechobecna aparatura medyczna, obecność personelu szpitala i innych rodzących – mogłyby do tego stopnia zaburzyć u mnie przebieg porodu, że tylko z tego powodu interwencje medyczne okazałyby się nieuniknione. Obawiałam się też przyjęcia postawy pacjentki, zdanej na opinię „ekspertów od rodzenia”, zależnej i poddającej się decyzjom lekarzy. Byłam świadoma, że to ja najlepiej będę wiedziała, jak rodzić mojego synka, mimo że, jak ktoś z rodziny mi wytknął, to miał być mój pierwszy poród i teoretycznie nie miałam prawa wiedzieć jak to się robi. Bardzo zależało mi również na tym, żeby mój syn urodził się w znanym mi i sobie otoczeniu, w którym będę mogła sama stworzyć takie warunki, żeby jego przejście ze świata w moim brzuchu do tego na zewnątrz przebiegło jak najłagodniej
Tak tłumaczyłam sobie i innym decyzję o porodzie domowym, przy czym na początku ciąży te słowa były dla mnie jeszcze puste i sama drżałam na myśl o tym, że są to bardziej życzenia niż moje faktyczne, głębokie przekonanie. Miałam szczęście przygotowywać się do porodu ze wspaniałą położną domową, Ewą Janiuk, która miała towarzyszyć mi przy porodzie, ale ostatecznie stało się inaczej. To ona na pierwszym spotkaniu powiedziała mi, że nic nie będzie z porodu domowego, jeśli kobieta przez dziewięć miesięcy ciąży buja w obłokach.

Trzeba się do tego solidnie przygotować.

Faktycznie, im więcej czytałam, uczestniczyłam w zajęciach edukacyjnych dla kobiet w ciąży i im bardziej zagłębiałam się w temat porodów naturalnych, tym moja decyzja nabierała siły i czułam, jak powoli twardo staję na ziemi i krok po kroku biorę całkowitą odpowiedzialność za narodziny mojego synka. Cieszyło mnie to poczucie. Wiedziałam, że nikt za mnie nie urodzi i że w czasie porodu będę całkowicie zdana na siebie. Poczucie odpowiedzialności i wiedza, którą pochłaniałam, dawały mi radość, pewność siebie i siłę.
Mieszkamy z mężem na Dolnym Śląsku, w starym domu, który już kolejny rok powoli remontujemy o własnych siłach. Planowaliśmy zakończyć remont części mieszkalnej przed terminem porodu, wyznaczonym na styczeń, ale plan się nie powiódł. Już w listopadzie wiedziałam, że na czas porodu i połogu udam się do domu mojej mamy pod Poznaniem. Na szczęście, w pobliżu szybko znalazłam Malinową Szkołę Rodzenia i nawiązałam kontakt z Iwoną Marczak. Ta zmiana początkowo była dla mnie trudna, nie miałam czasu na lepsze poznanie Iwony i na zbudowanie z nią relacji, która z „moją” położną z Opola już była dość zaawansowana. Wolałam rodzić z kimś, kogo znam lepiej, ale uznałam, że widocznie tak musi być.
Dziesięć dni przed terminem porodu udałam się do pani ginekolog, która współpracuje z Iwoną, na dokładne badanie USG, ostatecznie kwalifikujące do porodu domowego. Okazało się, że mój synek ma pępowinę kilkakrotnie owiniętą wokół szyi. Poza tym był w świetnej formie, bardzo ruchliwy i pełen sił. Teoretycznie nie było to przeciwwskazanie do porodu domowego, jednak Iwona uznała, że w tej sytuacji poród w domu, przy czasie dojazdu do najbliższego szpitala około 50 minut, byłby zbyt ryzykowny i że jednak będę musiała rodzić w szpitalu.

Byłam zdruzgotana.

Wydawało mi się, że jestem przygotowana na różne ewentualności, ale to była tylko teoria. Nagła zmiana sytuacji była dla mnie tak trudna, że zupełnie straciłam radość w oczekiwaniu na narodziny, popadłam w smutek i przygnębienie. Wizyta na porodówce tylko pogorszyła sprawę – na samym wejściu usłyszałam rozdzierający krzyk rodzącej kobiety (zupełnie jak na filmach), sale, mimo że pojedyncze i elegancko odnowione, ze wszystkimi potrzebnymi sprzętami, wydały mi się klaustrofobiczne i poczułam, że w tym miejscu na pewno nie urodzę. Moje ciało spinało się i zamykało na samą myśl o tym, że miałabym urodzić w miejscu, gdzie będę słyszała głosy innych rodzących kobiet, gdzie w każdej chwili ktoś z personelu szpitala będzie mógł wejść do mojego pokoju, że będę podpięta do KTG i otoczona wszelką szpitalną aparaturą. Ale najbardziej bałam się popadnięcia w tryby szpitalnej machiny, gdzie jedna medyczna interwencja pociągnie za sobą szereg innych, kończących się może nawet cesarskim cięciem. Nagle zrozumiałam, że będę musiała skonfrontować się ze wszystkim tym, czego chciałam uniknąć, decydując się na poród w domu.

Zaczęłam przygotowywać się do porodu jak do bitwy:

wyszukiwałam silne argumenty przeciwko zaszczepieniu mojego dziecka, podaniu mu kropli do oczu, czytałam regulaminy szpitalne i ustawę o prawach pacjenta, instruowałam męża co robić, gdyby doszło do operacji, a moja torba do szpitala stała się nie do uniesienia, pełna przedmiotów, które planowałam zabrać, żeby poczuć się choć trochę bardziej u siebie. Byłam załamana. Czas porodu nie powinien być czasem walki o swoje prawa. Każdy ruch Miłosza w moim brzuchu, który odczuwałam już w wyjściu macicy, powodował mój strach, mówiłam mu wtedy „Jeszcze nie! Jeszcze nie jestem gotowa…”. Przypuszczam, że nigdy nie byłabym gotowa na poród szpitalny, a jednak musiałam postarać się ten scenariusz zaakceptować. Pewnej nocy, przed pójściem spać powiedziałam sobie, że każde miejsce może stać się dla mnie bezpieczną jaskinią, w której urodzę tak, jak tego pragnę. Wtedy pojawił mi się przed oczami obraz, który tak opisałam w notatniku: jestem wielką, pełną mocy niedźwiedzicą, idącą w głąb lasu rodzić swoje pierwsze młode.

Narysowałam tę niedźwiedzicę i zobaczyłam, że jakoś jestem do niej podobna.

Tydzień po pierwszym badaniu USG miałam pojawić się na drugie badanie, żeby sprawdzić, czy Miłosz przypadkiem się nie odwinął, chociaż zarówno pani doktor, jak i obie moje położne mówiły, że na tym etapie ciąży to praktycznie się nie zdarza. Poprzedniego dnia pojechałam do aquaparku i przez dwie godziny pływałam i relaksowałam się w wodzie. Powiedziałam Miłoszowi, że jeśli z jakiegoś powodu woli urodzić się w szpitalu, to tak będzie, ale gdyby jednak chciał przyjść na świat w domu, to teraz, w wodzie, będzie miał okazję, żeby się odwinąć. Wśród różnych zabaw w wodzie i pod wodą robiłam też „korkociąg”, kiedy skończyłam, poczułam silny ruch w brzuchu. Pomyślałam, że może właśnie mój synek się odwinął…
Następnego dnia podczas badania USG okazało się, ku zdumieniu pani doktor, że faktycznie –

Miłosz nie miał już pętli na szyi, pępowina luźno leżała na jego barkach, jak szalik.

Jeszcze nie miałam odwagi się cieszyć, ale Iwona odpowiedziała na mój sms, że widocznie jest nam pisane rodzić w domu. Od razu powróciła lekkość i radość oczekiwania.
Tymczasem, dostałam od męża wiadomość, że nasz samochód się zepsuł i nie jest pewien, czy uda się go naprawić na czas, a nasz dom od domu mamy dzieli 250 kilometrów. Planowaliśmy rodzić razem i nagle zrozumiałam, że może się zdarzyć, że jednak będę sama – nie licząc położnych. Natomiast wybierała się do mnie w odwiedziny kuzynka z Belgii, chciała spędzić ze mną parę dni i wesprzeć mnie w ostatnich dniach ciąży, jako doświadczona mama trzyletniego chłopca. Udało jej się wziąć urlop dokładnie w terminie porodu, los chciał, że nawet nie miała innej możliwości. W piątek, czekając na jej przyjazd, wpadłam w szał sprzątania i tłumaczyłam sobie rozsądnie, że sprzątam z okazji odwiedzin, ale inny głos w środku podpowiadał mi, że to raczej porządkowanie gniazda przed nadchodzącym już wielkimi krokami porodem. Wysprzątałam też miejsce w salonie przy kominku, gdzie miałam zamiar rodzić, przygotowałam folię i tekturę, które miały chronić podłogę.

Wyobrażałam sobie, że poród potrwa wiele godzin

i że będę się przemieszczała, przyjmowała różne wygodne pozycje i tańczyła, dlatego sporo powierzchni było do zabezpieczenia.
W sobotę wieczorem, po badaniu u Iwony, gdzie okazało się, że mam już ponad centymetr rozwarcia, pojawiło się lekkie plamienie, ale domyśliłam się, że to tylko skutek badania i koło północy spokojnie położyłam się spać. Zasypiając czułam jeszcze lekkie drętwienie po wewnętrznej stronie uda, co zdarzyło mi się wcześniej już kilka razy pod koniec ciąży. Usłyszałam, również po raz kolejny, cichutkie pyknięcie, które, połączone z dziwnym uczuciem w spojeniu łonowym, interpretowałam jako rozchodzenie się kości miednicy, przygotowujące ciało do porodu.
O drugiej w nocy obudził mnie pierwszy skurcz – bardzo silne, niedające się powstrzymać uczucie rozpierania w miednicy, otwierania się ciała i pchania w dół. Aha – powiedziałam do siebie, więc to jest skurcz… Przez całą ciążę to słowo było dla mnie wielką niewiadomą. We wszystkich książkach, które czytałam, padało ono setki razy, odmieniane przez wszystkie przypadki, ale w żadnej z nich nie znalazłam wyjaśnienia, co to właściwie jest – jakie to uczucie i jak bardzo boli.

To, co kryło się pod słowem „skurcz”, zdawało się być skrzętnie skrywaną tajemnicą.

Tak, jakby wszyscy zmówili się, że ani mru mru na temat skurczów i że ma to pozostać niespodzianką dla każdej przyszłej mamy. W czasie oczekiwania na poród to była chyba jedyna rzecz, poza rodzeniem w szpitalu, której się obawiałam – bólu, który do tej pory był mi nieznany, nie wiedziałam, czym będzie i czy będę potrafiła go znieść. Jednak w mojej decyzji, żeby rodzić w domu była też zgoda na wszystko, co poród ze sobą niesie. Otworzyłam się na to doświadczenie, wiedząc, że cokolwiek się pojawi, jakikolwiek ból, przejdziemy to wspólnie z moim synkiem, a na końcu tej drogi czeka nas piękne spotkanie. Zdecydowałam się całkowicie zanurzyć w tym doświadczeniu, obserwować to, co się wydarza i akceptować. Płynąć z nurtem. W jakiś sposób byłam też ciekawa tego bólu.

Po pierwszym skurczu poczułam delikatne drżenie w całym ciele

i wtedy wiedziałam, że to już, że się zaczęło. Pomyślałam, że drżenie, które odczuwam w każdej komórce, jakby ruch skrzydeł motyla, to przyspieszone bicie serca Miłosza, szykującego się do drogi, i że w ten sposób daje mi znać, że jest gotów. Poczułam też wilgoć między nogami, kiedy wody płodowe zaczęły lekko przesiąkać. Nie byłam pewna, czy już czas, żeby dzwonić do Iwony, ale przypomniałam sobie, że prosiła o znak kiedy cokolwiek zacznie się dziać. Zadzwoniłam więc, Iwona poleciła, żebym się położyła, zrelaksowała i spróbowała zasnąć, żeby akcja się nie rozkręciła i żeby Jacek, mój mąż, zdążył dojechać na czas. Zaraz zadzwoniłam do niego, mówiąc, że się zaczęło, ale że pewnie nie ma pośpiechu, bo zazwyczaj pierwszy poród trwa kilkanaście godzin… Półtorej godziny później zadzwoniłam, prosząc, żeby wsiadał w samochód (który udało się na szczęście naprawić) i przyjeżdżał jak najszybciej, bo po trzech skurczach co dwadzieścia minut kolejne pojawiały się już co siedem minut i co trzy.
W czasie tych pierwszych dwudziestu minut poszłam do kuchni po wodę, sok i owoce. Kiedy wróciłam do łóżka z zamiarem przeczekania, położyłam się, ale kolejne skurcze stawały się coraz silniejsze i częstsze. Od samego początku każdemu skurczowi towarzyszył mój głos i było to tak naturalne, jak oddychanie, jak pocenie się. Głos wychodził ze mnie razem z każdą falą skurczu i bardzo pomagał mi je przetrwać.

Przez pewien czas chciałam być sama,

ale kiedy skurcze się nasiliły i stawały się coraz bardziej bolesne, poczułam potrzebę czyjejś obecności. Podczas skurczu mówiłam sobie, że zadzwonię do mamy (spała w pokoju obok, ale nie byłam w stanie tam dojść), ale zaraz, kiedy fala przechodziła, myślałam, że może jeszcze poczekam. Swoją drogą, wspaniałe w skurczach jest to, że w przerwach pomiędzy nimi panuje błogi spokój i ciało może się odprężyć. Kiedy fala nadchodzi, przejmuje całe ciało totalnie, ale w przerwie można czasem zapomnieć, że się rodzi… Zdążyłam jeszcze zadzwonić do Iwony, powiedzieć jej, że skurcze są co dwadzieścia minut. Odpowiedziała mi, żebym zadzwoniła znowu, kiedy staną się naprawdę bolesne. Potrzebowałam na to zaledwie kilka minut i zadzwoniłam prosząc, żeby już przyjeżdżała. Kiedy tak rozmyślałam, czy już kogoś zawołać, czy jeszcze nie, mój głos stawał się coraz intensywniejszy i zaczęłam w nim słyszeć własny ból, i kiedy przyszedł moment, że już naprawdę kogoś potrzebowałam, do drzwi delikatnie zapukała moja kuzynka. Jak się później okazało, od samego początku słyszała przez ścianę, co się dzieje, ale domyśliła się, że jeszcze potrzebuję być sama. Przyszła w najodpowiedniejszym momencie.

Od tej chwili była już ze mną cały czas.

W pewnej chwili poczułam, że muszę szybko pójść do toalety. Jeny, moja kuzynka, pomogła mi się tam dostać i czekała na mnie przed drzwiami. W drodze polały się ze mnie wody płodowe. Było mi bardzo wygodnie w czasie skurczów, kiedy siedziałam na toalecie. Ale nie chciałam tam zostać. Wróciłam do łóżka, chciałam położyć się na materacu, ale dotarłam jedynie na jego brzeg i tam już zostałam do końca porodu, w pozycji na czworakach. Nie mogłam się ruszyć, żadna inna pozycja nie była dla mnie możliwa, choć jeszcze jakiś czas byłam pewna, że uda mi się, tak jak zaplanowałam, przenieść do pokoju na dole i rodzić koło kominka. Poprosiłam nawet mamę, kiedy weszła do pokoju obudzona moim głosem, żeby przygotowała na dole folię i kanapę. Później zrozumiałam, że nie przeniosę się nigdzie nawet o pół metra. Jeszcze później wyobrażałam sobie co by było, gdybym w tym momencie musiała wsiąść do samochodu i przejechać do szpitala, i wydało mi się to niewykonalne… Jeny okazała się najwspanialszą doulą, jaką mogłam sobie wyobrazić. Była ze mną bez przerwy, trzymała mnie za ręce (dziwię się, że następnego dnia nie zauważyłam u niej siniaków), była spokojna i uważna. Od czasu do czasu mówiła mi, że świetnie sobie radzę, że wspaniale mi idzie, że jestem silna i dzielna, podawała mi coś do picia. A przede wszystkim – po prostu była, w pełni obecna. I wierzyła we mnie bezgranicznie.

Położne przyjechały koło piątej rano.

Poczułam ulgę, że już są, ale tak naprawdę do tej pory dobrze radziłam sobie sama i nie czułam, żeby ich obecność była mi szczególnie potrzebna. Okazało się, że rozwarcie już jest całkowite. Iwona z radością poinformowała mnie, że mój synek ma gęste, czarne włosy i że już niedługo będzie na świecie. Ucieszyłam się, do tej pory nie miałam pojęcia jak długa droga jeszcze mnie czeka. Od razu, kiedy położne weszły, poczułam bardzo silny zapach perfum i jeszcze długo to przykuwało moją uwagę. Z resztą wszystkie moje zmysły się wyostrzyły i rejestrowałam to, co działo się wokół na różnych planach. Słyszałam, jak mój pies szaleje po całym domu, przestraszony odgłosami porodu, słyszałam Iwonę i Agnieszkę, które siedząc za mną rozmawiały od czasu do czasu ściszonymi głosami w czasie przerw między skurczami – kilka razy dałam im znać, żeby były cicho (to było dość niegrzeczne z mojej strony, ale okropnie mnie to rozpraszało), w pewnej chwili poczułam zapach kawy, którą moja mama widocznie zaparzyła dla położnych. Bardzo dotkliwie odbierałam każde badanie bicia serca Miłosza – końcówka aparatu, przykładana co jakiś czas do mojego brzucha, momentami powodowała w moim odczuciu więcej bólu, niż same skurcze. Nie mogłam też znieść dotyku, kiedy sprawdzany był postęp porodu i głośno przeciwko temu protestowałam.

Nagle każdy dotyk stał się dla mnie nie do zniesienia

– zazwyczaj uwielbiam masaże, przytulanie i głaskanie, jestem łasa na dotyk. Przed porodem byłam pewna, że będę chciała masażu, który zawsze działa na mnie odprężająco i nie mogłam wyobrazić sobie, żeby cokolwiek mogło to zmienić. A jednak teraz każdy dotyk powodował ból, tak, jakby wszystkie zakończenia nerwów były odsłonięte na mojej skórze, a kiedy poprosiłam moją kuzynkę, żeby pomasowała mi plecy, szybko dałam jej znać, żeby jednak przestała, tak bardzo było to dla mnie bolesne.
Byłam zmęczona. Chciałam zmienić pozycję, chociaż na chwilę oprzeć się na łokciach albo się położyć, ale nie mogłam. Całe moje ciało odmawiało zmiany pozycji. Czułam ogromne zmęczenie w dole pleców i w dole brzucha, i zdawało mi się, że nie starczy mi sił na ciąg dalszy. Wtedy powrócił do mnie obraz wielkiej niedźwiedzicy, zobaczyłam, że rodzę dokładnie w takiej pozycji, jak niedźwiedzica z mojego rysunku. To dodało mi sił i wzięłam się w garść. Pamiętam, że zaśmiałam się głośno po jednym z potężniejszych skurczów – kiedy wygasał, a ja czułam, że mam coraz mniej sił, poczułam, jak Miłosz wierzga i odpycha się w stronę wyjścia, pomagał mi!

Zrozumiałam wtedy wyraźnie, że nie jestem sama.

Że to nie ja rodzę, tylko my się rodzimy. On rodzi się, jako mój syn, ja rodzę jego i sama rodzę się – jako matka.
Fale skurczów nagle zwolniły, przerwy stały się dłuższe. Dzięki temu mogłam trochę odpocząć po dotychczasowych „dzikich falach”, przychodzących jedna za drugą w szalonym tempie, ale już nawet na odpoczywanie nie miałam za bardzo siły. Cisza wydłużających się przerw zaczęła mnie niepokoić, nie wiedziałam, na jakim etapie porodu jestem i zaczęłam myśleć, że może wszystko zwolniło i czeka mnie jeszcze bardzo długi wysiłek. Zapytałam wtedy Iwonę, czy Miłko już jest blisko, na co ona odpowiedziała, że jeśli chcę, mogę już dotknąć jego główki. Dotknęłam jej, była cała mokra. Do dziś, kiedy dotykam główki mojego synka, przypomina mi się tamto uczucie. Iwona uprzedziła mnie, że już za chwilę nadejdzie ostatni etap porodu, kiedy główka będzie przechodziła przez krocze i że bardzo ważne, żebym wtedy powstrzymała się od parcia i tylko oddychała, jakbym dmuchała świeczki. Nie miałam pojęcia o jakie świeczki chodzi, nie uczęszczałam na zajęcia szkoły rodzenia, gdzie omawia się techniki oddechowe i wcale tego nie żałuję. Wiem, że podczas porodu i tak bym tego nie pamiętała i oddychała intuicyjnie, tak, jak to faktycznie robiłam, głęboko, brzuchem.

Więc zamiast dmuchać świeczki oddychałam spokojnie,

kiedy główka Miłosza rozpierała wyjście z mojego ciała tak, że czułam, że jest o włos od pęknięcia. Czytałam wcześniej, że w tym momencie ucisk jest tak silny, że po chwili palącego uczucia przychodzi fizjologiczne znieczulenie, ale ja wcale nie czułam, żeby ból stawał się mniejszy. Był ciągle taki sam, a ja wierzyłam, że to przeżyję i że moje krocze przepuści w końcu synka na świat. Wiem, że w tych chwilach nie poradziłabym sobie bez podpowiedzi Iwony. Czułam ogromną potrzebę, żeby już przepchnąć tę małą główkę na zewnątrz i gdyby nie Iwona, która wciąż nalegała, żebym nie parła, pewnie bym nie wytrzymała, przez co moje krocze prawdopodobnie pękłoby w jakimś stopniu. Ale wcale nie musiałam przeć, moje ciało samo wykonywało całą pracę i już po trzech skurczach główka przedostała się na zewnątrz, a za nią wysmyknęło się całe ciało mojego synka. Szybko i z wielką ulgą obróciłam się na plecy i Miłosz od razu wylądował u mnie na brzuchu. Wydał z siebie jeden dźwięk, może dwa, ale nie był to wcale płacz, brzmiało to bardziej jak

„Już jestem tu!”.

Miał szeroko otwarte, czarne oczy i rozglądał się dookoła. Pachniał niesamowicie, jak egzotyczna roślina. Od razu został osuszony i owinięty w ciepłe ręczniki, które specjalnie dla niego wcześniej uszykowałam. Kiedy pępowina przestała tętnić, Jeny przecięła ją, bardzo tą rolą przejęta. Iwona położyła go wyżej i od razu zaczął ssać pierś. Stwierdziła, że gdyby mogła, dałaby mu dwanaście punktów w skali Apgar…
Miłko urodził się o 7:17, po pięciu godzinach od pierwszego skurczu. Już nie pamiętam, kto przyszedł z wiadomością, że właśnie w tym momencie słońce wschodziło zza gęstej mgły.
Po dwóch godzinach przyjechał w końcu Jacek. Drogę spowolniła dodatkowo ta mgła, gęsta tego ranka jak mleko. Pierwsze, co usłyszał w progu, to płacz swojego synka, który w tym momencie był akurat ważony i mierzony.

Nie czułam się zmęczona.

Przez cały dzień i pierwszą noc nie byłam w stanie zasnąć, wszystko we mnie tętniło. Przepełniała mnie radość spotkania z tą małą istotką i euforia głębokiego przeżycia. Tylko po moim ciele, całym obolałym, poznawałam, jaki to musiał być dla mnie ogromny wysiłek, bo zaraz po porodzie nie mogłam nawet powiedzieć, czy to bolało. W moim wspomnieniu jest to przede wszystkim najintensywniejsze doświadczenie w całym dotychczasowym życiu, na pewno związane z fizycznym bólem, ale takim, który z każdym kolejnym skurczem staje się coraz bardziej znany i oswojony, który jest niezbędnym elementem procesu narodzin i przez to wiadomo, że jest do przejścia. Kiedy opowiadałam Jackowi narodziny naszego synka, zdawało mi się, że opowiadam sen, tak, jakby to nie mi się przydarzyło.

A jednak dzieciątko w moich ramionach było bardzo realne.

Jest coś, co odróżnia doświadczenie porodu od wszystkiego, co do tej pory przeżyłam. Różne działania w naszym życiu zazwyczaj podejmujemy świadomie, jesteśmy ich autorami albo uczestnikami. Mamy w nich swoją aktywną i decydującą rolę. Poród był dla mnie jak znalezienie się na środku oceanu w czasie sztormu. Czułam się jak mała łódeczka, unoszona przez dzikie fale – nie mogłam zrobić nic, tylko poddać się tej sile i starać się płynąć z prądem. Przez moje ciało przetaczała się potężna siła, otwierająca je i torująca drogę dziecku, zupełnie niezależna od mojej woli. Nie mogłam tej siły ani zatrzymać, ani jej spowolnić. I to nie ja robiłam, to moje ciało, jakąś wewnętrzną, pradawną mądrością rodziło. Ja nie wiem jak rozszerzyć kości miednicy i nie musiałam tego wiedzieć. Wystarczyło, że ufałam mojemu ciału, byłam w pełni obecna w tym, co się działo i nie przeszkadzałam. A przede wszystkim wiedziałam, że ten sztorm zakończy się szczęśliwie, byłam tego pewna i dlatego nie było we mnie ani odrobiny strachu.

Jestem pełna wdzięczności, że mogłam podarować mojemu synkowi takie łagodne i spokojne przyjście na świat. Jego pojawienie się było tak naturalne, zwyczajne i swojskie – wieczorem położyłam się spać z Miłkiem w brzuchu, a rano on już był w moich ramionach, w tym samym domu, w tym samym łóżku. Tak po prostu. Mogłam całkowicie zanurzyć się w doświadczeniu porodu, nie przejmując się niczym i nikim. Czułam się bezpiecznie i u siebie. Wiem, że moment narodzin jest jednym z fundamentów całego życia mojego synka i jestem szczęśliwa wiedząc, że zawsze będzie mógł czerpać siłę z tej podróży, którą odbyliśmy razem.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *


Notice: Trying to access array offset on value of type bool in /home/platne/serwer21160/public_html/ewacetera/wp-content/themes/celeste/views/prev_next.php on line 10
previous
Błogosławieństwo nocy czyli poród w trzech odsłonach
next
Narodziny Róży - poród naturalny po cięciu cesarskim
Ewa Cetera logo

Odwiedź mnie na:

Ewa Cetera ikona

Odwiedź mnie na:

Copyright by Ewa Cetera. Wszelkie prawa zastrzeżone.