Historie PorodowePoród naturalnyBłogosławieństwo nocy czyli poród w trzech odsłonach

Odsłona pierwsza: Remek

Podczas porodu Remka wszystkie okoliczności nam sprzyjały. W 38 tygodniu ciąży, kiedy już wiedzieliśmy, że Remek może bezpiecznie przyjść na świat stwierdziliśmy, że damy mu o tym znać. Rozmawialiśmy z nim, ale też postanowiliśmy dostarczyć mu koktajlu pozytywnych hormonów. Dla nas to też było ważne, że nareszcie mogliśmy być ze sobą naprawdę blisko (wcześniej mój ginekolog nałożył na nas abstynencję seksualną ze względu na skracającą się szyjkę macicy).

Tak więc po upojnym wieczorze, kiedy błogo spaliśmy o 3 w nocy poczułam, że wszystko wokół mnie zrobiło się mokre. Oczywiście Filip również to zauważył i w nocnej nieprzytomności snuliśmy rozważania cóż to się mogło stać i czy to możliwe, żeby nietrzymanie moczu (którego wcześniej u siebie nie zauważyłam) mogło przejawić się aż tak obficie ;). Gdy już dotarło do nas, że to jednak odeszły mi wody, poszłam do łazienki, żeby się ubrać. Oczywistym było, że jedziemy do szpitala – jakoś tak nie pamiętałam ze szkoły rodzenia, żeby się skupić na tym, czy mam jakiekolwiek skurcze.

Wsiedliśmy do samochodu, ja oczywiście na siedzeniu wymoszczonym ręcznikiem. Środek nocy, ulice puściutkie, tylko my i droga do szpitala. Wtedy przemknęło mi przez myśl, jak sprzyjająco układają się okoliczności. Do szpitala do Warszawy mamy ok. 30 km i kiedy wcześniej robiliśmy próbną jazdę, zajęło to nam ponad godzinę.

Ze mnie sączyły się wody, a z radia sączyła się smętna muzyka.

Pink Floyd – nie przepadam. A już na pewno nie do porodu! Zaczęły się pierwsze skurcze, które zaskoczyły mnie swoją intensywnością. Wiedziałam, że potrzebuję podkładu muzycznego z większą energią. I tu mój kochany Filip stanął na wysokości zadania. Zapodał mi Judas Priest „Painkiller”. No, teraz mogę jechać rodzić! Skurcze przychodziły i odchodziły. Powoli przenosiłam się do swojego świata. Do tego stopnia, że gdy samochód stanął przed szpitalem, nie mogłam z niego wysiąść, bo akurat byłam w trakcie skurczu. Filip zdziwiony patrzył na mnie, czemu nie wysiadam. Wydusiłam z siebie, że mam skurcz, co wywarło w nim duże zaskoczenie, że akcja porodowa jest już tak bardzo w toku 🙂

Potem ciekawostka: dzwonię domofonem na izbę przyjęć i słyszę pytanie: Słucham? Na chwilę odebrało mi mowę. Co można robić w środku nocy przed izbą przyjęć szpitala położniczego??? Rodzę – odpowiedziałam i zostaliśmy wpuszczeni. Potem formalności z lekarzem, spisywanie dokumentów, badanie – okazało się, że mam książkowe 3 cm rozwarcia, więc zostajemy :). Przebrałam się w koszulę, Filip został poproszony do gabinetu i ze wszystkimi pakunkami przenieśliśmy się na salę porodową.

Przyszła położna, przywitała się z nami. Opisała, z czego można skorzystać na sali. Zachęcała do ćwiczeń na piłce, potem nas zostawiła. Chwilę potem, jak posiedziałam na piłce, poczułam, że muszę pilnie iść do toalety. I… utknęłam tam na dobre 1,5 godziny :). Okazało się, że łazienka i sedes są najlepszym miejscem dla mnie na ten moment.

Skurcze były coraz bardziej intensywne,

ale siedząca pozycja pozwalała mi na przyjęcie ich, przeczekanie i rozluźnianie ciała.

Słyszałam, że położna wchodziła w trakcie do sali, monitorując, co się ze mną dzieje. Filip odpowiadał tylko, że jestem w łazience. Około 6 nad ranem położna stanowczo wytłumaczyła mi, że musi mnie zbadać i że muszę już wyjść. Niechętnie opuściłam toaletę. Bardzo silny skurcz przyszedł chwilę przed wejściem na łóżko. Położna zbadała mnie i stwierdziła, że mam 10 cm rozwarcia. Dotarło to do mnie jak przez mgłę, przyjęłam to raczej jako oczywistość :). Podpięto mnie pod ktg. Na łóżku byłam w pozycji półleżącej, było mi wygodnie. I wiedziałam, że już tak zostanę. Że nie mam ani siły, ani ochoty, żeby się gdziekolwiek ruszać. Skurcze były bolesne, mocne. W mojej głowie toczyła się dyskusja. Negocjowałam z ciałem, żeby odroczyło kolejny skurcz, żeby dało mi odpocząć. Z drugiej strony wiedziałam, że właśnie te skurcze są istotą porodu, że to one doprowadzą do tego, że zobaczymy Remka po naszej stronie. Już się nie broniłam. Skupiałam się na tym, żeby jak najbardziej zrelaksować się pomiędzy skurczami.

Z boku wyglądało to zupełnie inaczej, dlatego do tej pory Filip w żartach mówi, że cały poród przespałam :).

A on? Siedział obok i … czytał książkę.

W pewnej chwili podszedł do mnie pytając, czego mi trzeba, ale wycedziłam tylko, że niczego nie potrzebuję. To był mój czas, mój poród. Liczyłam się tylko ja i mocno pracujące dziecko. Nie potrzebowałam niczyjej aktywnej pomocy. Wystarczyła mi świadomość, że Filip jest obok i czuwa. Więc Filip wrócił do lektury, a ja do porodu 🙂

W międzyczasie przyszła położna pożegnać się, ponieważ kończyła się jej zmiana. Za jakiś czas przyszła kolejna, z nowej zmiany. Weszła kobieta z koszmarnym, jaskrawym makijażem. Miała na sobie tak intensywne perfumy, że zapach powalił mnie od progu. Dialog jaki się między nami nawiązał dopełnił tylko obrazu. Położna: Ma skurcze? Ja: Tak – wydusiłam. Położna: To jak są skurcze to niech prze,, a jak nie ma to niech nie prze. I poszła. ???

Potrzebowałam chwili, żeby wrócić do swojego rytmu.

Znów czas przestał istnieć. W pewnej chwili poczułam o wiele intensywniejsze skurcze parte. To było niesamowite. Wiedziałam, że nie da się tego powstrzymać, że dotarłam do sedna. Główka coraz bardziej napierała na krocze, robiąc sobie miejsce. Czułam niesamowite napięcie i nagle… ulga. Poczułam, że główka Remka poradziła sobie. Miałam wrażenie, że rozsunął mi się suwak, żeby poszerzyć wyjście dla Remka. Dałam znać Filipowi, że pękło mi krocze, co spowodowało, że wystrzelił z sali jak z procy, szukając kogoś z personelu. Ale wrócił sam, bo został odesłany przez położne z powrotem do mnie. W tym czasie Remek dzielnie wydobył już główkę na świat. I taki widok zastał Filip, wracając na salę. Więc ponownie wyskoczył z sali, z jeszcze większą energią. Na hasło, że urodziła się główka zbiegło się mnóstwo osób: położna, ginekolog, neonatolog. Nie byłam w stanie zarejestrować, ile przybyło osób.

Na kolejnym skurczu Remek wydostał się cały.

Była 8 rano. Oczywiście miałam go od razu na sobie, mogłam się z nim witać, podziwiać go, chwalić za niesamowity trud, jaki wykonał. Nie wiedziałam zupełnie, co się dzieje na sali. Wróciłam do rzeczywistości w momencie, gdy zabrano Remka, żeby przeprowadzić wszystkie procedury medyczne, a mnie lekarz zszywał krocze. Wtedy ciało trochę zaczęło się buntować, szycie było dość nieprzyjemne. Poza tym mięśnie odreagowywały wcześniejszy wysiłek, w związku z czym trzęsłam się cała jak w febrze.

A potem był już cudowny czas, pełen niezakłóconego spokoju, kiedy znów zostaliśmy sami na sali, tylko już trójkę. I mogliśmy podziwiać nasze dzieło. Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, jak zadaniowo Remek podszedł do porodu. Konsekwentnie realizował kolejne punkty, żeby przyjść na świat. I tym samym utorował drogę rodzeństwu.

Odsłona druga: Kazik

Przed drugim porodem miałam nieco obaw. Bo skoro pierwszy poród przebiegł sprawnie, szybko, bez komplikacji, to czy jest możliwe, żeby drugim razem było tak samo dobrze? I czy możliwe, żeby okoliczności porodu (noc) znów nam sprzyjały? Jedno wiedzieliśmy: sprawdził się naturalny, najbardziej przyjemny sposób wywoływania porodu, czyli seks, więc tym razem również postanowiliśmy się do niego uciec 🙂 I znów w 38 t.c. wieczorem podjęliśmy akcję. Było przyjemnie, rozluźniająco. Zasnęłam, będąc jednak trochę w gotowości, a tu… nic. Przyszedł kolejny wieczór, więc nie bardzo się zmartwiliśmy, że przyjdzie nam kolejny raz zastosować naszą technikę.

W nocy obudził mnie skurcz.

W ostatnich tygodniach ciąży nie odczuwałam szczególnych skurczów przepowiadających. Wiedziałam, że to, co czuję to zupełnie coś innego w porównaniu z dotychczasowymi objawami. Spojrzałam na zegarek, była 2 w nocy. Pomyślałam, że trzeba się zdrzemnąć, czekając na rozwój wypadków. Kolejny skurcz. Patrzę na zegarek – 2.15. Okej, trzeba zaczekać. Dwa skurcze porodu nie czynią, można więc dalej iść spać. Trzeci skurcz, na zegarku 2.28. Hm… chyba jednak zaczął się poród. Ale jeszcze trzeba sprawdzić czy zwiększa się częstotliwość tych skurczy. Po co robić popłoch? Lepiej jeszcze pójść na drzemkę. O 2.40 miałam kolejny skurcz. Czyli akcja się rozwija, częstotliwość zwiększa. Biorąc pod uwagę, że poprzedni poród przebiegł dość szybko, stwierdziliśmy, że nie ma co czekać – trzeba jechać do szpitala. Poszłam do łazienki ubrać się – jak później zauważyłam miałam na sobie dokładnie te same ubrania, co przy wcześniejszym porodzie. W tym czasie Filip zadzwonił po moją mamę, aby przyszła zająć się Remkiem.

Ruszyliśmy do szpitala – znów przy pustych drogach, w środku nocy.

Skurcze były regularne, każdy kolejny dowodził o postępie porodu. Weszliśmy na izbę przyjęć. Dość szybko weszłam do gabinetu lekarskiego i po wypełnieniu pierwszych formalności z położną skierowałam się do łazienki. Znów na sedesie było mi wygodnie i dobrze. Jednak rozsądek wziął górę i wróciłam do gabinetu. Nawet nie wiem, w którym momencie odeszły mi wody. Lekarz podjął próbę przeprowadzania ze mną wywiadu lekarskiego. Ze względu na silne i częste skurcze odpowiadałam jednym wyrazem albo wcale. Położnik przytomnie stwierdził, że chyba dokończymy później wypełnianie papierów. Po badaniu okazało się, że mam pełne rozwarcie. W pośpiechu podłączono mi ktg, żeby choć przez chwilę sprawdzić, czy u Kazika jest wszystko w porządku. A potem biegusiem przebieranie się w koszulę, na wózek inwalidzki, do windy i na salę porodową. Wiedziałam, że to nie potrwa długo. Tym razem na sali od razu był personel, ale pamiętam tylko położną – miłą blondynkę w średnim wieku. Filip kręcił się gdzieś po sali. W silnych, już partych skurczach wdrapałam się na łóżko. Wiedziałam, że Kazik czeka tylko na to, żebym się wygodnie umościła. W chwili przytomności dotarło do mnie, że Filip jest po niewłaściwej stronie tzn. od strony krocza, a nie przy mnie. Wiedziałam, że nie zależy mu bardzo na tym, aby być przy tej części porodu. Poza tym miał bliżej do wyjścia niż do mnie. Dlatego poprosiłam, żeby wyszedł. Do tej pory mi wypomina, że usłyszał ode mnie:

Pan wyjdzie :).

Tyle byłam w stanie powiedzieć. To był moment, kiedy nareszcie mogłam spokojnie przeć. Wtedy położna zaczęła mnie zaklinać, żebym chociaż na chwilę wstrzymała się od parcia. Okazało się, że Kazik chciał się urodzić niczym superman – wystawił rękę, żeby sobie utorować drogę. Położna wyjaśniła mi, że chce ułożyć rękę właściwie, żeby ochronić moje krocze. Wszystko trwało to w okamgnieniu. Parcie udało mi się wstrzymać przez jakąś nanosekundę. Ale to wystarczyło położnej, żeby ułożyć Kazika. Potem dwa skurcze i synek był z nami. Była 4 rano. W dokumentacji medycznej przeczytałam potem: czas trwania fazy drugiej – 5 minut. I znów nastał czas uspokojenia, powitania, radości. Wszyscy sobie poszli, zostaliśmy we trójkę.

Nie potrzebowałam żadnych interwencji medycznych, Kazik również, więc mogliśmy wykorzystać w pełni dane nam dwie godziny na pierwszy kontakt. I kolejny poród był dla mnie dowodem na niesamowitą determinację rodzącego się dziecka i na potęgę, jaka płynie ze współpracy z nim.

Odsłona trzecia: Florka

Opowieść nie może zacząć się inaczej niż znów od obaw. Bo co jak co, ale dwa udane porody chyba jednak wyczerpują pulę szczęścia. Poza tym towarzyszyło mi jak zawsze oczekiwanie pełne podekscytowania. Ciekawa byłam, jak tym razem rozpocznie się poród, bo dotychczas początek był za każdym razem inny. Jedno wiedzieliśmy – aktywność seksualna zawsze się dobrze kończyła. Nawet jeśli nie zawsze porodem ;). Po skończonym 37 t.c. i po wieczorze pełnym bliskości przez cały dzień była cisza… Kompletnie żadnych oznak. Ok. 23 siedzimy przed telewizorem, oglądamy serial – ostatni odcinek. Byłam raczek rozkojarzona, nie bardzo śledziłam akcję. Zastanawiałam się raczej nad powtórką z poprzedniego wieczoru. Nagle poczułam – pyk!

jakby otworzyła się we mnie w środku jakaś butelka.

Poszłam do łazienki sprawdzić co się dzieje. Okazało się, że wyskoczył mi czop śluzowy – pierwszy raz miałam okazję go zobaczyć, więc i tym razem początek był zupełnie inny, wyjątkowy. Wody zaczęły się delikatnie sączyć. Uświadomiłam sobie, że znów jestem w stroju, w którym zawsze jeździłam do porodu. To było dodatkowym potwierdzeniem, że Florka chce się już z nami przywitać. Wróciłam do Filipa, żeby mu oznajmić, że nie będzie mu dane obejrzeć odcinka serialu do końca. Oprócz sączących się wód płodowych nie miałam żadnych innych objawów. Ale po części scenariusz porodu się powtarzał i wiedzieliśmy, że pewnie cały poród nie potrwa długo, więc nie ma na co czekać. Szybko wzięliśmy torby, Filip zadzwonił po swoją mamę, żeby zaopiekowała się dziećmi, a my w drogę. Jak zawsze pustą, sprzyjającą, całą dla nas.

Podczas jazdy cała się trzęsłam.

Przenikał mnie okropny chłód, choć byłam ciepło ubrana. Zrzuciłam to na karb zdenerwowania, choć nie bardzo rozumiałam swoją reakcję. Gdzieś z tyłu głowy pojawiły się natrętne pytania, dlaczego nie czuję żadnych skurczy. Jednocześnie uspokajałam się, że wszystko przyjdzie w swoim czasie. Gdy dojechaliśmy do szpitala Filip przyznał się, że kamień spadł mu z serca. Biorąc pod uwagę, że czas trwania porodu miał tendencje do znacznego skracania się, Filip bał się po prostu, że nie dojedziemy do szpitala i że będzie musiał przyjmować poród w samochodzie. Szczęśliwie udało się dotrzeć na izbę przyjęć, a skurczy nadal nie było. Po niespiesznym badaniu ginekologicznym podpięto mnie pod ktg. Podczas trwania zapisu z radością przyjęłam pierwsze skurcze, choć były bardzo delikatne. Ktg trwało ok. 20-30 minut. Potem, przy całkiem już silnych skurczach, przenieśliśmy się na salę porodową. Młoda położna przyszła się przywitać, prosiła, żeby się przebrać, tłumaczyła procedury. Położyłam się na łóżku, położna próbowała zagadać do mnie, zażartować. Zachęcała mnie do rozmowy. Nie miałam siły, a może nie chciałam być nieuprzejma, więc próbowałam coś tam odpowiadać jednym zdaniem. Położna podłączyła w końcu ktg i poszła. A ja tradycyjnie poczułam nieodpartą chęć pójścia do łazienki.

I znów to było dobre miejsce.

Poza tym, że organizm jeszcze się oczyszczał i rzeczywiście musiałam skorzystać z toalety, to pozycja siedząca pomagała mi radzić sobie ze skurczami. Skurcze były już naprawdę mocne. Filip jak zawsze siedział w sali i czekał w gotowości. Mój niezmącony spokój nie trwał długo, bo położna znów przyszła. Zaczęła pukać do łazienki i dopytywać, co ja tam robię. Otworzyłam drzwi, stanęłam w progu i ze skruchą odpowiedziałam, że musiałam skorzystać, że mi się chciało… Położna popatrzyła trochę groźnie i stwierdziła, że to przecież mogą być skurcze parte, że główka może napierać i wywoływać takie wrażenie. Przemknęło mi przez głowę, że no raczej bez przesady! Że przecież odróżnię, że jeszcze nie czas. I dokładnie w tej samej sekundzie, jak na zawołanie, stwierdziłam, że rzeczywiście czuję napierającą główkę Florki!

Zupełnie mnie to zaskoczyło!

Wtedy akcja nabrała błyskawicznego tempa. W drodze na łóżko poprosiłam Filipa, żeby wyszedł. Szybko weszłam na łóżko, cały czas myśląc o tym, że córce tak bardzo spieszy się, a ja nie jestem jeszcze gotowa, bo łóżko jest źle ustawione, bo jest mi niewygodnie… Położna uwijała się w błyskawicznym tempie. Zaczęła od ustawienia łóżka i wtedy odetchnęłam z ulgą. Położna nadal szykowała potrzebne sprzęty, zaklinając mnie na wszystkie świętości, żebym się jeszcze wstrzymała choć chwilę, żeby zdążyła założyć rękawiczki. To niesamowite, jak dziwnie w takich momentach płynie czas:

wszystko trwało naprawdę sekundy, a ja miałam wrażenie, jakbym widziała to klatka po klatce.

Jak tylko położna założyła rękawiczki, poddałam się całkowicie skurczom i zaraz Florka była ze mną. Była 2 w nocy. Odsłonięto mi brzuch i piersi, położono córkę na moim ciele i okryto ją pieluszką. Kiedy się już cieszyłam kontaktem z córką, położna zaproponowała mi przecięcie pępowiny. Miałam okazję zrobić to po raz pierwszy. Potem na salę przyszedł Filip i wspólnie cieszyliśmy się sobą. Zostało jeszcze urodzenie łożyska. Po raz pierwszy rzeczywiście musiałam włożyć wysiłek, żeby się oddzieliło. I kolejna nowość dla mnie – kiedy położna sprawdzała czy łożysko jest kompletne mogłam je dokładnie zobaczyć.

Ten widok zrobił na mnie wyjątkowe wrażenie. Było idealne, kompletne, stanowiące całość. Poprzez ten widok doświadczyłam jednego z aspektów swojej kobiecości. I dzięki narodzinom córki moja kobiecość nabrała innego wymiaru.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Ewa Cetera logo

Odwiedź mnie na:

Ewa Cetera ikona

Odwiedź mnie na:

Copyright by Ewa Cetera. Wszelkie prawa zastrzeżone.