Historie PorodoweO mniePoród domowyPoród naturalnyDomowe narodziny Jany – narodziny Mocy.

Uwertura

Od początku ciąży myślałam o domowym porodzie, najpierw nieśmiało, trochę jak o nierealnym marzeniu: bo koszt, bo nie mamy co zrobić z dziećmi itp. Mniej więcej trzy miesiące przed porodem przeczytałam „Urodzić razem i naturalnie” Chołuj i wtedy już wiedziałam: chcę urodzić w domu. Chcę, przeżyć wszystko inaczej, w zaciszu swojego domu, bez pośpiechu, presji, bo komuś kończy się dyżur, w rodzinnym gronie z przyjazną położną. W jednej chwili zniknęły wszystkie moje „ale”. Jednak nie naciskałam mojego B. który nie był jeszcze do końca przekonany, wyjaśniłam mu tylko moje powody. Spotkanie z położną go przekonało w zupełności a mnie utwierdziło, że to jest dobra droga.

Trochę było jednak pod górkę, bo trzy tygodnie przed terminem dostałam sms od położnej, że złamała rękę i muszę szukać kogoś innego albo wybrać poród w szpitalu. Zaczęły się gorączkowe poszukiwania położnej na ostatnią chwilę i nie było to łatwe. Położna, która z „automatu” przejęła pacjentki mojej położnej odmówiła przyjęcia u nas porodu, ponieważ byłam po cięciu cesarskim, mimo, że później urodziłam siłami natury.

Na szczęście udało się znaleźć inną położną. Niestety minus był taki, że miała już umówiony poród w podobnym terminie i istniało ryzyko – małe, ale jednak – że się zgramy w czasie. Wobec tego na wszelki wypadek spotkałam się z położną w szpitalu, żeby być przygotowaną na inną opcję i w razie konieczności urodzić razem z osobą, która zna nasze oczekiwania.

Po tym wszystkim uspokoiłam się, że zrobiłam już wszystko co mogłam i spokojnie czekałam na to, co nam pisane.

Preludium

13/14 marca miałam termin porodu wg usg i OM (przynajmniej raz mi się zgodziły oba). Wbiłam sobie do głowy, że urodzę właśnie w weekend 13-15. Kiedy przyszedł 16 marca a u mnie brak było jakichkolwiek oznak porodu poczułam się zagubiona: co mam właściwie zrobić z tym czasem. Mój B. był również nastawiony do tego stopnia, że aż dziwnie czuł się idąc w poniedziałek jak zwykle do pracy. Na szczęście była piękna wiosenna pogoda, więc większość dnia w poniedziałek i wtorek spędziłam z Joachimem na placu zabaw. Pogoda okazała się zdradliwa, bo już we wtorek oboje z Joachimem kaszleliśmy. Mimo to w środę znów poszliśmy na długi spacer, na którym pierwszy raz w ciągu dnia poczułam skurcze przepowiadające.

Trochę się zdziwiłam, bo do tej pory miałam skurcze jedynie wieczorem i nocą, kiedy już się położyłam. Tego też dnia pierwszy raz wracając ze spaceru straciłam cierpliwość do J: nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Nie byłam w stanie czekać aż sam naciśnie guzki od windy (co niestety czasem trwało), tylko wzięłam do pod pachę i wrzeszczącego zaniosłam do domu. Awantura się z tego zrobiła, że ho ho! Teraz wiem, że to było napięcie przedporodowe, ale wtedy czułam się nieszczęśliwa, do tego stopnia, że jak akurat B. zadzwonił z pytaniem co u nas to rozbeczałam się do słuchawki.

Od mniej więcej 19 skurcze zaczęły się znów pojawiać, tym razem bolesne. Krótkie, rzadkie, ale bolesne. Do tego zauważyłam pasemka śluzu z krwią. Czyli jednak już blisko – ucieszyłam się . Natychmiast zadzwoniłam do położnej, bo chciałam jej zasygnalizować, żeby była w gotowości: miała 120 km do przejechania. Niestety nie miała dla mnie dobrych wieści: chwilę wcześniej miała telefon od swojej drugiej pacjentki, że ma regularne skurcze.

Trochę podcięło mi to skrzydła, ale miałam nadzieję, pójdzie im szybko, bo był to trzeci poród tej dziewczyny. Z tą nadzieję postanowiłam przetrwać noc: wzięłam dwie nospy przed snem i próbowałam zasnąć. Jednak skurcze – nadal nieregularne i krótkie, raz co 15, innym razem co 30 minut nie dały mi zasnąć. No i te emocje – wiadomo . Około 6 rano dostałam sms od położnej (mam te smsy-, więc będę cytować ) „wyjeżdżam do Wrocka”. Jak to? Dopiero? Ja tu czekam na info o gotowości dla nas a ona dopiero jedzie do tamtego porodu? Odpisałam jej „przetrwałam noc w miarę spokojnie, daj znać czy mam szansę na domowe zacisze”. I w końcu zasnęłam porządnie na dwie godziny, co prawda z przerwą na skurcze co 15 minut, ale jednak był to w końcu wypoczynek po nieprzespanej nocy.

B. nie poszedł już tego dnia do pracy, bo chciałam, żeby zajął się J – sama nie czułam się już na siłach. Zresztą w każdej chwili mogło się rozkręcić na dobre. Starszy syn pojechał do szkoły tylko na konkurs matematyczny i kazałam mu wrócić, żebyśmy tego dnia byli wszyscy razem. Godz. 10.38, sms od położnej: „jesteśmy w porodzie”. Uff, całe szczęście, niech im się dzieje. Odpisałam: „u mnie trochę spokojniej, głównie leżę i zaciskam nogi. Chyba nadzieja, że się uda w domu powstrzymuje poród. Czekam na telefon od ciebie.” Tymczasem wstałam, ugotowałam zupę, razem z Tomkiem upiekliśmy ciasto z wiśniami. Skurcze wyciszyły się prawie całkowicie. Ale próbuję dodzwonić się do położnej: nie odbiera. Poczułam niepokój: co jest grane? Ile to jeszcze może trwać?

Postanowiłam zadzwonić do położnej ze szpitala, żeby przegadać tę sytuację i trochę się uspokoić. Położna E. w końcu mnie otrzeźwiła: odpuść już, bo dziecko jest zdezorientowane i nie wie czy chcesz się z nią przywitać czy nie. Leżeniem nie zatrzymasz porodu, ale głową tak. Wypij kawę, zjedz ciasto i otwórz się na to, co ma być. E. miała akurat wieczorny dyżur w szpitalu i umówiłyśmy się na zapis ktg ok 22. Po tym telefonie faktycznie odpuściłam i pogodziłam się z porodem w szpitalu: właściwie w tym momencie przestało mieć to dla mnie znaczenie: najważniejsze było, że wkrótce przywitamy naszą Janę. Tak więc kawa, ciasto, drzemka… ale emocje nie dawały spać, więc około 17 wyciągnęłam starszego na spacer do biblioteki. 3 km i półtorej godziny niewiele zmieniły poza 3 skurczami, w trakcie których musiałam się już wspierać na Tomku. Zastanawiałam się, kiedy ktoś na ulicy zapyta co robię temu dziecku .

Godz. 19.32: sms do położnej „domowej” (jednak nadzieja umiera ostatnia): „u mnie na razie się wyciszyło, ale chciałabym wiedzieć na czym stoję. Niewiedza jest dla mnie trudna w tym momencie”. Godz. 19.35 odpowiedź: „Jestem w W. Czekamy na 4 cm. Jestem trochę zmęczona. Uważaj na siebie!” Hmm… No i nadzieja umarła. Dobra, to może sprawdzę, co się z tą moją Janą dzieje. Sprawdzam więc szyjkę i nagle dotykam główkę małej! Twarda jak orzech, nic mnie od niej nie oddziela! Krzyczę do B: dotknęłam jej główki!!! A ona w tym momencie się poruszyła: czułam na palcach jej obrót a jednocześnie ruch w brzuchu.

To było niesamowite! Wyczułam jeszcze rąbek szyjki. A więc jednak te skurcze coś zdziałały! Jednak nie byłam w stanie ocenić rozwarcia. Zadzwoniłam do położnej „szpitalnej”, trochę mi nie dowierzała, ale tym bardziej kazała się zbierać. Czując, że to tuż tuż dopakowałam torbę i jedzenie na poród, zadzwoniliśmy po siostrę B, żeby nocą była z dziećmi. Chciałam jeszcze czekać aż J. zaśnie, bo martwiłam się jak zniesie takie nagłe zasypianie ze starszym bratem, ale B. nalegał na wyjazd, nie chciał już czekać. No i wyjechaliśmy około 22 z fotelikiem dla Jany, bo przecież zaraz po porodzie mieliśmy wypisać się na żądanie. Tak więc ach! Jedziemy po Jankę! W takich emocjach jechaliśmy do szpitala. Jeszcze w drodze skurcze znów zaczęły się pojawiać: tym razem boleśniejsze. Po przyjeździe położna mnie zbadała na stojąco (wow! to tak można w szpitalu?): 2 cm. Potem półgodzinny zapis z kilkoma skurczami: już wtedy ciężko było mi usiedzieć na kanapie i musiałam „włączyć” oddychanie. No i konkluzja położnej: zestresowanym rodzicom radziłabym zostać w szpitalu, ale Wy pewnie wolicie zaczekać w domu. Rozejrzeliśmy się po sali do rodzinnego porodu: bezosobowej, z obdartą kanapą ze skaju i oczywiście wielkim porodowym łóżkiem na środku. Pewnie, że woleliśmy. Jednak położna stwierdziła, że B. wygląda na niepewnego: „boisz się?” – zapytała. Odpowiedział, że boi się jazdy samochodem z akcją porodową w pełni. W odpowiedzi na to E. dała mu sterylne zaciski do pępowiny i poinstruowała co się z tym robi . Ja miałam jakiś przebłysk i zapytałam co trzeba zrobić jeśli dziecko jest owinięte pępowiną (wiedziałam co trzeba zrobić, ale B. nie, a nie ma to jak usłyszeć od fachowca). Na koniec powiedziała coś w stylu: wiem, że dalibyście radę. No i wróciliśmy do domu o północy – z dziwnym uczuciem, że jednak bez Jany w foteliku. Zdecydowaliśmy, że najrozsądniej będzie szybko pójść do łóżka, żeby odpocząć ile się da. Nie dało się. Po pierwszym skurczu, przed którym nie zdążyłam się podnieść (skutkowało to niecenzuralnymi słowami) zdecydowałam się na kąpiel w wannie pełnej po brzegi . Minęło pół godziny: tylko ja i kot śpiący jak zwykle na pralce (który został tam do końca i ani drgnął, mimo, że obok tyle się działo). Cisza, spokój, szum wody. Spać mi się chce. Ale skurcze nie pozwalają spać a wręcz zaczęły się nasilać. Ej! Nie będę przecież sama rodzić. Bartuś!!! No, teraz lepiej. Usiądź sobie tutaj i czuwaj w tę noc razem ze mną.

Sonata

Po pół godziny zrobiło się dość nieznośnie: boleśnie, często i długo. Do tego gorąco i parno. Mała ta łazienka. Wyszłam z wody i przeszliśmy do salonu. Mierzę czas: skurcze co 2 minuty. Jak to??? Już??? Auu! Boli! Przecież poprzednio tak nie bolało. Już nie mierzę, bo nie mam nawet czasu zaczerpnąć oddechu. Nie opłaca się położyć na piłce na odpoczynek, za dużo wysiłku kosztuje mnie podniesienie się na skurcz. Jak tu jechać do szpitala? Zaczekam, przecież w poprzednim porodzie miałam czas na pogawędki między skurczami no i faza spoczynkowa II okresu porodu przede mną. Usiadłam na kanapie: błąd. Znów nie zdążyłam wstać (niecenzuralne słowa przez półtorej minuty). Jak to przetrwać? Uwieszę się na B. Lepiej. B. postanowił zjeść kolację: trwało to chyba z 10 skurczów albo więcej, bo co sobie ukroił/posmarował/ugryzł kanapkę ja krzyczałam: JUŻ! I biegł, żeby być moja podporą i oparciem. W pewnym momencie usłyszeliśmygłosik: wody! Oj! Joachim się obudził! Biegnij do niego: dam sobie radę na tej piłce. Nie dałam. Znów niecenzuralne słowa. Ale, ale… skoro jesteśmy w domu, we dwoje: to może jakaś nastrojowa muzyka? Na co mam ochotę? Wiem! Piosenki z „Accross the Universe”. The Beatles w pięknych aranżacjach. Nasza płyta sprzed lat. Kołyszemy się między skurczami, przytulamy, całujemy. I śpiewamy . Kiedy słyszymy „Let it be” w pięknej gospelowej wersji. I dociera do mnie, że to jest to: niech się stanie! Jesteśmy gotowi na Ciebie Maleńka, nie ma odwrotu. Czekamy, chodź do nas. Whisper words of wisdom: let it be… https://www.youtube.com/watch?v=7gPjGuC6CFQ

 

Scherzo

I Jana już wie, że czekamy. A ja zaczynam rozumieć wszystkie kobiety, które proszę o ZZO. Chodźmy znów do łazienki. Podobno w wodzie skurcze są mniej odczuwane. Hmm, jednak to mit. Przynajmniej w moim przypadku. Dlaczego nie mam chwili odpoczynku? Nie mam już sił! Nie dam rady… Jedziemy do szpitala! Patrzymy sobie w oczy i jedno pyta drugie: ale jak??? Gdyby to było lato założyłabym na gołe ciało jakąś sukienkę i poszła do auta. Ale naciągać jeansy? Ani mowy. Co ja z nimi zrobię z samochodzie, gdyby Jana zechciała wyjść właśnie tam? No nic, zobaczymy co będzie dalej. Sprawdzę co z główką i szyjką. Eee… to bez sensu, nie czuję różnicy, szkoda się demotywować. Muszę zdać się na odczucia z ciała, swój instynkt, intuicję, wsłuchać się w Janę. Przecież nikt mi nie powie jakie mam rozwarcie. Rozluźnij się, oddychaj, mrucz. Muszę zrobić wszystko, żeby Ona miała łatwiej. No chodź do nas Maleńka. Raz mi za gorąco, raz szczękam zębami z zimna, więc B. błyskawicznie mnie otula ręcznikiem, za chwilę znów go z siebie zrzucam. Nagle… 5 minut przerwy, dar od Małej. Zasnęliśmy oboje,ja w wannie, B. obok. Budzę się. Jakaś zmiana. I już wiem, że kryzys minął. Mówię do B.: kochanie to już blisko. Jest ok 4.30. Czuję, że Jana postanowiła przemieszczać się w kierunku wyjścia: powoli, po trochu. Teraz głównie wiszę na grzejniku drabinkowym stojąc w wannie, czasami kucam/klęczę w wannie. Maksymalne rozluźnienie. Trudne to w tym bólu. Niedobrze mi. Chyba organizm chce się oczyścić. A nie. To z bólu mi niedobrze. Oddycham. Raz przeponą, raz dyszę. Zależy, co mi ciało podpowiada. Wokalizuję (B. zastanawiał się czy przeliteruje cały alfabet). Kiedy jest jakaś dłuższa przerwa mówię: Jana musi odpocząć, dajmy jej czas. Cały czas mówię do niej, że już wkrótce się spotkamy, że ma tylko jedną drogę, że czekamy po drugiej stronie. B. rozbudził się na dobre: już nie przysypia na stopniu, widzę w jego oczach oczekiwanie. Wypatruje główki Jany. To mnie jeszcze mocniej aktywizuje. Czas coś zmienić. Stanę obok wanny. Widzę pasma śluzu z krwią: aha, jednak się dzieje, pewnie główka jest bliżej. Tyle to trwa. Nie czuję większej zmiany. Może jednak znów sprawdzę. Aaa! Główka jest bliżej. Ale co to za kość jeszcze przed nią (nigdy do tej nie zastanawiałam się jakie kości mogę wyczuć od środka) A może Mała nie może się przez nią przecisnąć? Co robić? Co robić? Godz. 5.55: idę do salonu i oparta o kanapę dzwonię do położnej. „Przyjeżdżamy! Od dłuższego czasu nic się nie zmienia!” Słyszę, że nie jest przekonana co do pomysłu, ale mówi, że jak mamy jechać to przed korkami. Jakimi korkami? Aha, przecież to piątek a nie niedziela. No i izba przyjęć mnie czeka. Co? Nie ma mowy! Ale została jeszcze taka kość. I tu olśnienie: ogonowa! Tak? Tak! A są z nią jakieś problemy? Nie ma, spokojnie. Faktycznie, przecież ona się odchyla w pozycji wertykalnej – przypomniałam sobie i aż mi ulżyło. Przerywam rozmowę i dyszę, bo czuję już parte. A położna mówi: sprawdź jak główka zachowuje się na partym. Ok, czekaj. Aaa! Pęcherz pękł! Położna: to już nie jeźdźcie, bo urodzisz za 20 minut. Ja: Aha, ok. To cześć. I rozłączyłam się. Powtórzyłam to B. i kucnęłam przy kanapie.

Koda

Chwilę później B. woła: widzę główkę! A ja czuję MOC partych. Pierwszy raz, nie tak jak przy J. kiedy to dosłownie go z siebie wypchnęłam wszystkimi siłami. Teraz muszę robić wszystko, żeby powstrzymać parcie, bo wiem, że to dobre i dla mnie i dla Jany. Ale jestem zmęczona kucaniem. To może na czworaka? Aaa! Główka się schowała! Następny skurcz: wróciła.Uff. Czuję pieczenie. Auu! Dotykam się i pytam B. czego dotykam, bo nie potrafię się rozeznać. I słyszę, że to jest pomarszczona skóra głowy małej, bo szwy czaszki jej się zeszły. Kolejny skurcz (nawet nie pamiętam ile ich było) i słyszę kolejno: jest czoło, oczy, nosek i buzia. I rusza tymi usteczkami, krzywi się i wypluwa śluz. W przerwie sobie przypominam: teraz Mała obróci się w stronę jednego uda. B. pyta: sama czy mam jej pomóc? Aj! Nie pamiętam! No to czekamy. Jest! Obróciła się sama! Nagle coś mnie łaskocze po udzie. Co to? Co to? To ona tak rusza tymi usteczkami! Ok, to teraz jeszcze barki. B. trzymasz ją? Trzymam! Uwaga, skurcz! Jedno ramię, drugie …i mamy Janeczkę! Jeszcze tylko tata odwija Janę z pępowiny (bo miała luźno owiniętą wokół szyi, co tata sprawdził po urodzeniu główki) i już się tulimy… Jest 6.20. Patrzymy na nasz cud. Cud trochę płacze, bo jest już jasno i jednak dość zimno w salonie (wszystkie rzeczy zostały przecież w samochodzie), ja jestem wychłodzona, więc ciężko jest się ogrzać o mamę będąc owiniętą tylko w pieluszkę. Opatulona w końcu kocem ucisza się. Chwilę później do salonu wpada Joachim i krzyczy: „Janka wyśła z bziucha! ulodziła!” A za nim Tomek i siostra B. Pępowinę po około pół godziny przeciął Tomek (tak zdecydował wcześniej i nie wycofał się) i jeszcze chwilę czekaliśmy na łożysko. Pamiętam, że w oczekiwaniu na skurcze klęczałam przed kanapą, jedną ręką karmiłam małą a drugą zajadałam ryż z jabłkami, bo poczułam straszny głód. Ryż jednak go nie zaspokoił, więc wypiłam sama puszkę pepsi. Łożysko okazało się niekompletne, więc wiedzieliśmy, że będę musiała zostać wyłyżeczkowana. Tak więc jakieś dwie godziny po porodzie pojechaliśmy do szpitala (zadzwoniliśmy na pogotowie i radzili zaczekać na karetkę). Zdążyłam przed wyjazdem wziąć prysznic, ubrać małą i kiedy sanitariusze weszli do domu siedziałam już gotowa do drogi z małą na rękach (z naciskiem na „siedziałam”). W szpitalu budziliśmy głównie zaciekawienie naszą historią, po łyżeczkowaniu i badaniu Jany (dopiero dowiedzieliśmy się ile waży i mierzy: 3690g i 60 cm: chudzina z wielkimi stópkami) wypisaliśmy się na własne żądanie i wróciliśmy do domu. Aha, założono mi jeszcze kosmetyczny szew, którego w ogóle nie czułam (po nacięciu przy poprzednim porodzie długo nie mogłam normalnie usiąść). A w domu zjedliśmy obiad, wypiliśmy kawę, zdrzemnęliśmy się wszyscy w jednym łóżku i jeszcze dwa prania tego dnia wstawiłam. I ogólnie czułam się jak na jakiś prochach: wiedziałam, że ledwo żyję ze zmęczenia, ale byłam taka euforyczna! Tyle razy czytałam, że mamy w sobie instynkt rodzenia, że wiemy jak to zrobić, ale nie ufamy sobie, swojej mocy. Ba! Podczas poprzedniegoporodu nie ufałam nawet położnej. Ciągle bałam się o dziecko, o to jak sobie radzi, kazałam położnej co chwilę sprawdzać tętno. A teraz to wszystkie lęki mnie opuściły. Postanowiłam zaufać swojemu ciału, wczytać się w nie, w każdy sygnał wysyłany przez Janę. Wiedziałam, że jeśli będę uważna to znajdę wskazówkę, co mam w danej chwili robić: jak oddychać, kiedy przeć, kiedy powstrzymać parcie. Nie dopuszczałam nawet najmniejszej czarnej myśli. Po prostu wiedziałam, że z Małą jest wszystko w porządku, że nie zrobimy jej krzywdy.I że muszę zrobić wszystko, aby ułatwić jej przyjście na świat. I mimo, że ten poród okazał się bardzo bolesny i dynamiczny (wcześniejszy poród był dla mnie głównie wielkim wysiłkiem) cały czas myślałam o Janie: o tym, że to jej jest trudno, że się stresuje, że ona jest tu najważniejsza a każdy skurcz przybliża nas do spotkania. I to dla niej postanowiłam być rozluźniona i spokojna mimo bólu… Jana bardzo szybko po narodzinach zaczęła nawiązywać z nami kontakt wzrokowy jakby chciała mi coś powiedzieć. Wiem, że każdy takie rzeczy interpretuje sobie jak mu wygodnie , ale mam wrażenie jakby chciała nam powiedzieć, że cieszy się z takiego przyjścia na świat.

Post Scriptum

Opis ten powstał za jednym razem, oczywiście towarzyszyły temu wielkie emocje, bo przeżywałam wszystko na nowo. Po kilku dniach przeczytałam to, co napisałam i myślę, że słowa nie oddadzą tego, co przeżyliśmy i czuliśmy w tamtym momencie. Przynajmniej nie umiem tego lepiej ująć. Na zimno trudno jest przekazać dlaczego podjęliśmy taka a nie inną decyzję, jednak w tamtej chwili, kiedy to wszystko się działo wiedzieliśmy, że jest to najlepsza decyzja dla nas wszystkich. Każda inna opcja: jazda w stresie do szpitala czy wezwanie karetki byłaby przekreśleniem tego pięknego i pełnego spokoju oczekiwania na spotkanie z naszą córeczką. Cieszę się, że dane nam było takie doświadczenie. Niemniej jednak jeśli w przyszłości będę jeszcze przed podobnym wyborem (w co dziś mocno powątpiewam ) to będę liczyć, że położna dotrze na czas .

Fot. Ewelina Gierszewska

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Ewa Cetera logo

Odwiedź mnie na:

Ewa Cetera ikona

Odwiedź mnie na:

Copyright by Ewa Cetera. Wszelkie prawa zastrzeżone.